Urodziłem się 32 lata po Powstaniu Warszawskim. 32 lata po tym jak moi dziadkowie na zawsze opuścili Warszawę, miasto w którym spędzili piękne chwile, a potem widzieli tak wiele zła i śmierci, że nie jestem sobie tego w stanie nawet wyobrazić.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?
– Krzysztof Kamil Baczyński

W 1939 roku moi dziadkowie mieszkali na ul. Barskiej niedaleko Placu Narutowicza. W tym samym roku mieli przeprowadzić się na Mokotów, ale niestety wybuchła wojna i wszystko się zmieniło.  Wszystkie przedwojenne plany trzeba było zweryfikować i przystosować się do nowej rzeczywistości. A nowa rzeczywistość oznaczała walkę z okupantem i działalność w konspiracji. Ale też na tyle na ile to możliwe normalne codzienne życie.

Dziadka nie dane było mi poznać, niestety zmarł niemal dwa lata przed moimi urodzinami. “Znam” go tylko z fotografii oraz opowieści głównie Mamy i Babci, ale też historii opowiadanych przez różne ciocie. Babcię (o czym pisałem rok temu) udało mi się zmusić do opowiedzenia różnych historii z tamtych czasów. Dzięki temu często idąc warszawskimi ulicami doznaje olśnienia “to o tym miejscu, tym fragmencie ulicy mówiła Babcia”, “to tu miało miejsce to wydarzenie”, itd. Do moich ulubionych olśnień należy śmieszne wydarzenie sprzed wielu lat kiedy spacerowałem ulicą Żytnią i nuciłem pod nosem “Pałacyk Michla”. Nie żebym nie wiedział wcześniej, ale nagłe uświadomienie sobie co nucę i gdzie i przyprawiło mnie o niezłe emocję. Ta podświadomość…

Pamiętam z dzieciństwa, że moja Babcia niechętnie opowiadała mi o wydarzeniach które dziś nazwiemy bohaterskimi. Ona mówiła o tym z niechęcią, ja opowiadam o tym z dumą. Dla Babci były to jednak wspomnienia traumatyczne, naznaczone krwią, cierpieniem i śmiercią wielu bliskich, dla mnie czyn nieprawdopodobny. Jak choćby przenoszenie granatów w mufce. “Przenoszenie” tylko tak niewinnie brzmi, oznaczało to minięcie m.in. wielu niemieckich patroli, a to oznaczało możliwość kontroli. Gdyby znaleźli przy Babci granaty kara byłaby jedna i natychmiastowa. Podobnie gdyby trafiła na łapankę. Albo bardzo stanowcze rozmowy mojej cioci z patrolami niemieckimi, które zawsze kończyły się happy endem. Ciocia miała blond włosy, niebieskie oczy, mówiła po niemiecku, miała niemiecko brzmiące nazwisko i podrobione na takie okazje dokumenty. Oraz pistolety w torebce, które niosła “chłopakom na akcje”.

Pamiętam tych historii sporo.Tak jak długo będę żył nie pozwolę im odejść w niepamięć. Bo to pamięć o ludziach, którzy nie tylko w czasie Powstania Warszawskiego, ale też przed nim i po nim walczyli o to, żebyśmy dziś mogli sobie dywagować przy piwie czy Powstanie miało sens czy nie. Uściślę od razu, ja na takie dywagację reaguję emocjonalnie. I nie sądzę, żeby tu się cokolwiek zmieniło. Ale nie dziwcie się temu, bo Powstanie Warszawskie to część historii mojej rodziny, nie tylko Babci i Dziadka, ale też wielu innych członków rodziny których nie poznałem bo zginęli w czasie okupacji, w czasie Powstania, w obozie.

Po wojnie moja Babcia z resztą ocalałej rodziny wróciła z obozu do Warszawy. Pierwsze kroki skierowali na ul. Barską. Wujek zapytał Babcię – Mamo, gdzie jest nasz dom? Babcia odpowiedziała – Stoisz na nim. Potem wyruszyli w Polskę wraz za informacjami o Dziadku. Znaleźli się. Prawie happy end. Prawie…

Mniej więcej 10-11 lat temu, 1 sierpnia o 17.00 byłem ze swoja Mamą na Placu Bankowym. Zatrzymaliśmy się my, a obok nas starsza siwa już pani. Wielu ludzi jednak się nie zatrzymało. Ona spojrzała na nas i powiedziała “Dziękuję”. Droga Pani, to ja Pani dziękuję. A także Babci, Dziadkowi i wszystkim tym, którzy nie mieli wątpliwości co zrobić 1 sierpnia 1944 roku.

Pamiętam o Was.

PODOBNE ARTYKUŁY

0

0

Brak komentarzy

Odpowiedz: