Patologii w tzw. państwowej opiece (bo raczej nie służbie) zdrowia jest tyle, że gdyby o każdej nakręcić odcinek powstałby serial długości Mody na Sukces. Wszystko o tym wiedzą, ale jakoś chętnych do naprawy sytuacji brakuje. Do napisania kilku słów na ten temat zainspirował mnie artykuł na Gazeta.pl “Pocałowałam Dudka po raz przedostatni“. Małżeństwo lekarzy, ona patolog, ona chirurg. On ma tętniaka, który pęka, ona walczy o jego życie.

Pacjentowi udaje się przeżyć  krytyczne momenty chyba tylko dlatego, że jego żona jest lekarzem i potrafi ocenić sytuację. W każdym innym przypadku, taki pacjent odjechałby do krainy wiecznych łowów przy pierwszej okazji. Niestety nie każdy pacjent ma w rodzinie lekarza, który może zadzwonić do innego lekarza, ewentualnie ocenić stan pacjenta i wbrew lekarzowi prowadzącemu zaordynować skuteczną terapię. Niestety większość pacjentów idzie do lekarza z nadzieją i obdarzając go zaufaniem. Niestety bardzo często lekarz obdarzany jest zaufaniem niesłusznie.

Powody takiego stanu rzeczy są różne, choć dla wszystkich najłatwiejszym wytłumaczeniem są trzy słowa: winny jest system. A ja twierdze, że winni są ludzie od kolejnych premierów i ministrów, przez tłumy urzędników w NFZ do lekarzy pierwszego kontaktu.

Politycy odpowiadają za degrengoladę całego systemu. Już nie chodzi o naprawę, ale choćby powstrzymanie rozkładu – nie potrafił tego zrobić żaden z polityków, żaden. Uzasadnienia dla funkcjonowania tak rozbudowanego NFZ nie potrafię – zwłaszcza w dobie powszechnego dostępu do komputerów i Internetu – znaleźć. Dla lekarzy, którzy swoją bylejakość, nonszalancję i brak szacunku do pacjenta tłumaczą systemem, umowami (lub ich brakiem) z NFZ nie mam szacunku, a co więcej najchętniej splunąłbym im w twarz, a najpierw dał w mordę.

Oczywiście nie wszyscy lekarze są tacy. Sam znam co najmniej kilku, za których jestem w stanie poręczyć. Współczuje wszystkim, którzy nie dość, że bardzo długo studiowali (i nie były to studia łatwe), potem musieli przeżyć jako rezydenci, a kiedy już stawali się młodymi lekarzami to pracowali za marne grosze. Podziwiam ich, że wiedząc jak to wygląda, zdecydowali się pójść tą drogą, zostać lekarzami, zarabiać często znacznie mniej niż powinni, ale mimo to potrafią okazać szacunek i zainteresowanie pacjentowi. Takiemu lekarzowi chętnie zapłacę za wizytę. Takiemu lekarzowi będę kibicował w walce o lepsze warunki. Takiego lekarza polecę znajomym.

Miałem w swoim życiu kilka niemiłych kontaktów z państwową opieką zdrowotną. Jeden przebiegiem przypominał to co opisali dziennikarze w tzw. Aferze łowców skór. Inne to po prostu chamstwo i brak wyczucia lekarzy. Ale jest też druga strona medalu czyli lekarze, którzy byli zaangażowani i mili. Często bywało tak, że oba te typy występowały nie tylko w tym samym szpitalu, ale nawet na oddziale. Ponieważ nie jestem fanem rosyjskiej ruletki, w pierwszym nadarzającym się momencie uciekłem do prywatnej opieki zdrowotnej i od tamtego momentu (a będzie to już około 12 lat z niewielką przerwą) nie mam problemów z lekarzami. Dodam, że abonament w prywatnej służbie zdrowia jest niższy niż składka którą płacę ZUSowi. Nawet gdybym wybrał abonament z opieką szpitalną to nadal byłoby taniej. Pacjentów którzy zrzucają się co miesiąc na NFZ, ale z państwowych lecznic nie korzystają jest całkiem sporo. I pewnie będzie coraz więcej, bo na zdrowiu nie ma sensu oszczędzać. Co się zatem dzieje, z tymi pieniędzmi że ciągle ich brakuje? Oto jest pytanie…

zdjęcie: Krosno24.pl

PODOBNE ARTYKUŁY

0

0

Brak komentarzy

Odpowiedz: