Trafiłem jakiś czas temu na powtórkę jednego z kulinarnych reality show i po raz kolejny zadziwiła mnie jedna rzecz. Jak to się dzieje, że ludzie którzy o jedzeniu mówią jak o najwyższej przyjemności i jednocześnie wielkiej sztuce, sprowadzają tę sztukę do poziomu kompanii w koszarach?

Gordona Ramsey’a zacząłem lubić kiedy zaczął występować solo. Nagle okazało się, że to całkiem sympatyczny człowiek, który potrafi o jedzeniu mówić ciekawie i co najważniejsze spokojnie mimo że widać, że to jego wielka pasja. Kiedy prowadził program Hell’s Kitchen nie miałem ochoty go oglądać.

Moda na kulinarne reality show przybyła do Polski. A wraz z nią “chamstwo, drobnomieszczaństwo i góralska muzyka“.

Magda Gessler rzuca naczyniami, krzyczy na ludzi, często stawia ich w sytuacji delikatnie mówiąc niezręcznej. Szczerze mówiąc odechciewa się jeść i niesmak pozostaje nawet kiedy restauracja wygląda już na uratowaną.

W Master Chef znowu to samo. Uczestnicy są pod taką presją, że chyba żołnierz na froncie czuje sie bardziej komfortowo.

Polsatowski Top Chef wcale od Master Chefa nie odstaje i tu dzieje się podobnie. W polskiej wersji Hell’s Kitchen, właściciel restauracji z gwiazdką Michelin’a Wojciech Modest Amaro robi dużo, żeby nie być gorszy od Gordona Ramsey’a.

Cztery programy, dwie różne stacje, a klimat bardzo podobny.

Ja rozumiem, że formaty rządzą się swoimi prawami, ale czy naprawdę dania nie da się przyrządzić inaczej niż w atmosferze armagedonu? Czy kucharz którego poziom stresu jest niższy od tego odczuwanego przez skazanego stojącego na szafocie nie jest w stanie przygotować smacznego posiłku? Czy naprawdę kuchnia jest w stanie funkcjonować prawidłowo tylko wtedy kiedy atmosfera jest w niej jak na kompanii w filmie Samowolka?

Przyznam szczerze, że tego nie rozumiem. Zwłaszcza, że programy kulinarne gdzie po prostu przyrządza się potrawy mają całkiem sporo fanów. I nikt na nikogo nie krzyczy, nikt nikogo nie doprowadza do łez, nikt w nikogo nie rzuca garnkami. Przypadek? Nie sądzę.

Jurorzy programów kulinarnych wypowiadają się o przyrządzanych przez siebie potrawach jako o dziełach sztuki, czymś z czym kontakt powoduje doznanie zarezerwowane dla wybranej grupy ludzi. Jak to pogodzić z koszarowym traktowaniem innych kucharzy?

Może w gastronomii panuje coś na kształt wojskowej fali i kucharz zanim stanie się pełnoprawnym kucharzem musi przejść piekło. Tylko po co?

Jeśli wysokiej oglądalności nie da się już osiągnąć innymi metodami niż szokowanie, to telewizja kręci na siebie straszny bat. Ludzie się szybko przyzwyczajają i wkrótce mogą uodpornić się na taki przekaz. Co wtedy? Odpadającemu uczestnikowi utniemy głowę, jego własnym nożem? I to tak przy jedzeniu?

PODOBNE ARTYKUŁY

5 Komentarze

  1. Magda Gessler z programu, podobnie jak Gordon Ramsey czy – z innej branży – Perfekcyjna Pani Domu to produkty, bohaterowie wykreowani na potrzeby telewizji i kierowani poleceniami producenta programu. To nie są odpowiedniki prywatnych, codziennych osobowości tych ludzi. Co więcej, to nie są programy na żywo, więc wyreżyserowane może być nie tylko zachowanie “głównego bohatera”, lecz także pozostałych występujących. Dlaczego? Ano własnie dlatego, że to nie jest program kulinarny, w którym ma być miło, sielsko i anielsko. Widocznie TV wymyśliła sobie że potrzebuje kontrastu. Pomijając odbiór widzów i refleksje takiego typu jak Twoja nie wydaje mi się żeby strzelała sobie w kolano, bo trudno wciąż utrzymującą się oglądalność nazwać w ten sposób.

  2. Tylko, że taka forma się wkrótce znudzi. Wkrótce czy za jakiś czas, nieważne. Ludzie staną się obojętni na pokrzykiwania, obrażanie i rzucanie i co wtedy. Poza tym akurat podany przez Ciebie przykład PPD nie jest tym samym co Hell’s Kitchen. Tak jak i np. Bitwa o Dom. Generalnie jest dość sporo programów tego typu w których niekoniecznie gnębi się uczestników w taki sposób jak w kulinarnych. Format formatem, ale dlaczego twórcy akurat uznali, że kucharz musi gotować w stresie?

  3. Chyba własnie już stają się obojętni na różnego rodzaju gnojenie i dlatego TV sięga po coraz drastyczniejsze środki ;) Co wymyślą jak im się znudzi – tego nie wiem i nie rozważam tej kwestii, na szczęście nie jestem producentem telewizyjnym. Według mnie nie jest powiedziane, że to będzie ewoluowało wciąż w tę samą stronę, być może właśnie odbiorcy będą potrzebowali chwili wytchnienia.

  4. Ja też nie jestem producentem, ale jestem odbiorcą treści. Oczywiście, zawsze mogę zagłosować pilotem, przełączyć kanał, itd. Problem polega na czymś innym. Dla wielu ludzi to co pokazywane jest w TV jest wzorcem. Mam wrażenie, że nie doceniamy wpływu telewizji na życie ludzi.

  5. Pewnie tak – wzorcem albo antywzorcem, trudno to ocenić po omacku. Media rządzą się swoimi prawami i aby zachować zdrowe spojrzenie na świat, trzeba ostrożnie przyjmować i selekcjonować tę papkę, którą próbują nas karmić. W dobie w której nie można do końca wierzyć nawet programom informacyjnym, daleka jestem od spoglądania na jakikolwiek program rozrywkowy inaczej niż jak na fikcję literacką. Ale może to moje zboczenie zawodowe :)

Odpowiedz: