Nie jestem pewny czy 2 dni można nazwać urlopem, ale załóżmy że tak. Byłem zatem na urlopie, który choć był krotki to pozwolił mi spojrzeć na kilka spraw z tzw. dystansu. 

O tym jak się jeździ krajową siódemką pisałem. To nie jest może jakiś specjalnie nowy wniosek, ale warto podkreślić – jeździ się znacznie lepiej niż kiedyś. Ja to doceniam.

Kiedy już dojechałem do Elbląga [miasta w którym spędziłem sporą część życia] zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Z jednej strony to miasto jest coraz ładniejsze, coraz bardziej zadbane. Naprawdę trzeba mieć dużo złej woli, żeby tego nie dostrzec. Z drugiej strony naprawdę trudno nie zauważyć, że miasto robi się coraz bardziej puste. Nie, nie sprawdzałem liczby ludności, piszę o tym co widziałem. A w zasadzie o tym co widzę, za każdym razem obserwuje. Ten exodus jednak trwa już od wielu lat, więc mnie to specjalnie nie dziwi. Choć na tle zmieniającego się na plus miasta te pustki są coraz bardziej widoczne.

Z wiekiem staję się chyba coraz bardziej sentymentalny, bo Elbląg coraz bardziej mi się podoba. Choć może to po prostu efekt faktycznych zmian na lepsze.

Zaczynam coraz wyraźniej dostrzegać różnice w tempie życia w Warszawie i poza stolicą. Naprawdę sposób w jaki żyjemy w Warszawie jest absurdalny. Pośpiech, szybka kawa, deadline, spotkanie, deadline, spotkanie, lunch, szaleństwo. Nie wiem czy wynika z tego coś bardziej sensownego, ale niewątpliwie ludzie poza Warszawą żyją jeśli nie spokojniej to z pewnością wolniej. Mam takie wrażenie, że wychodzi im to na zdrowie. Jasne, wiem, mają inne zmartwienia. Tylko, że my mamy bardzo mało czasu na refleksję czy to co robimy ma w ogóle sens. A od czasu do czasu warto taki rachunek sumienia zrobić.

W trakcie urlopu nie mogło zabraknąć wizyty nad morzem. Taki spacer plażą ze Stegny do Sztutowa [obowiązkowe gofry na miejscu w ramach nagrody za dreptanie po piasku] i z powrotem do Stegny to fenomenalna sprawa. Nie dość, że można pooddychać świeżym powietrzem, posłuchać szumu – jakby to powiedział Adaś Miauczyński – odwiecznych fal, to jeszcze można przemyśleć to i owo.

No to przemyślałem co trzeba i uśmiechnąłem się do siebie. Dziś jest pięknie, a jutro? Jutro też będzie pięknie. Chyba, że nie. Ale to dopiero jutro, więc nie ma sensu się tym zajmować dziś, kiedy jest pięknie. Proste, prawda?

Wróciłem.

Rano wsiadłem do samochodu i pojechałem stała trasą do biura. Przepisowo, nie spiesząc się bo przecież zdążę. Patrzyłem ze współczuciem na tych wszystkich kierowców z pianą na pyskach, którzy walczyli sami nie wiedząc o co. Patrzyłem na nich i widziałem, że jeszcze się dobrze dzień nie zaczął, a już część z nich zdążyła sobie ten dzień zepsuć. I innym, którzy to za chwilę odczują [np. podwładni, którzy doświadczą absurdalnej wściekłości przeniesionej z drogi do biura].

Dojechałem na czas. Robię swoje. Cieszę się tym co jest i jak śpiewa James Hetfield – nothing else matters.

Marek Molicki, od 1998 roku związany z branżą online. Regional Manager w Gemius SA, właściciel Popkultury, w ramach której doradza firmom które chcą osiągnąć sukces w Internecie. W przeszłości zarządzał m.in. Kultura.yoyo.pl, CGM.pl, Chip.pl oraz odpowiadał za działania online w firmach Cenega i CDP.pl (ex CD Projekt) Więcej o autorze

PODOBNE ARTYKUŁY

Brak komentarzy

Odpowiedz: