W maju 1999 roku (miesiąc później powstał Napster) postanowiłem rozstać się z firmą SP Records (swoją drogą to jest dopiero materiał na wspomnienia). Wiedziałem, że nadal chcę zajmować się muzyką, ale miałem też już nową pasję – Internet. Nie wiedziałem tylko jak to połączyć i z tego się utrzymywać. No ale jak się ma takie szczęście jak ja to wiadomo co się stanie…

Lata 1998 i 1999 pamiętam jako te kiedy dodatek Praca do Gazety Wyborczej był wielkości Encyklopedii Powszechnej PWN. Ogłoszeń było tyle, że żeby nie znaleźć pracy trzeba było się naprawdę postarać.

Kiedy już podjąłem decyzję o zmianie firmy, zacząłem w poniedziałki kupować Gazetę (w sumie to i tak często ją kupowałem) i studiować ogłoszenia.

Pewnego dnia zobaczyłem, że firma Internet Idea poszukuje do współpracy dziennikarzy do prowadzenia serwisów internetowych. W tym momencie wiedziałem, że szczęście znowu mi dopisało i że właśnie w ten sposób zrealizuje się mój plan.

Wysłałem CV i po kilku dniach, zadzwonił telefon (stacjonarny z sekretarką, która witała dzwoniącego piosenką “Łubu dubu, Łubu dubu niech żyje nam prezes naszego klubu, niech żyje nam” w moim wykonaniu). Miła pani po drugiej stronie zaprosiła mnie na spotkanie z samymi szefami firmy. Kiedy podała adres nieco opadły mi ręce (CV wysłałem mailem, więc nie zwróciłem uwagi na adres wtedy).

Okazało się, że firma mieści się w garażu wilii w Aninie. No nie był to wymarzony kierunek podróży (zwłaszcza że jeździłem wówczas pojazdami ZTM, połączenie było tragiczne) ale czego nie robi się dla przygody i spełniania marzeń. Kiedy już po 2 przesiadkach i kilometrowym spacerze dotarłem na miejsce, okazało się że firma mieści się w wilii która była podzielona na część mieszkalną i część wydzieloną na 2 firmy.

Jeden z współwłaścicieli Internet Idea miał też firmę spedycyjną, która utrzymywała tę pierwszą. Nic dziwnego, bo wtedy na Internecie się nie zarabiało. Chyba, że firma nazywała się TP SA i ten internet dostarczała.

Szefami okazali się kilka lat starsi ode mnie Marek (w szczytowym momencie było nas 4 Marków w firmie) i Arek. Po standardowym wstępie czyli odpowiedzi na “powiedz nam coś o sobie, co do tej pory robiłeś” (“pracowałem w szołbiznesie, nadal żyję, nie trzęsą mi się ręcę i mam sprawną wątrobę”), Marek powiedział:

- Mamy serwis motoryzacyjny, może chciałbyś go poprowadzić? 

Odpowiedź mogłaby być tylko jedna, chodziło przecież o spełnianie marzeń:

- Nie, dzięki. Za to mogę zrobić najlepszy w Polsce serwis muzyczny- odpowiedziałem i w kilku zdaniach opisałem swój plan.Szybko przybiliśmy piątkę i szybko ustaliliśmy warunki.

Wracałem do domu z bananowym uśmiechem. Od razu przystąpiłem do pracy.

Na wielkiej kartce (A3) rozrysowałem cały schemat serwisu, stronę główną, podstrony, funkcje, itd. Nie miałem wtedy żadnej wiedzy na temat usability, wszystko zrobiłem na czuja, a użytecznością zainteresowałem się dopiero kilka lat później.

Zanim jednak serwis pojawił się online czekała nas długa droga. Bardzo zadowolony był główny programista Marcin (o którym jeszcze napiszę, bo to bardzo ciekawa postać), który stwierdził że tak przygotowany schemat oszczędzi mu mnóstwo roboty. I kiedy on zaczął wraz ze swoją ekipą tworzyć serwis, ja zacząłem zbierać materiały do serwisu. I tu zaczęła się zabawa.

Łatwo poszło z niezależnymi, bo wiadomo niezależnym bardziej zależy (na marginesie rozśmieszyło mnie kiedyś stwierdzenie wokalisty Happysad, który powiedział że SP Records to bardzo niezależna firma, ponieważ w firmie nikomu na niczym nie zależy :) Ja SP znam z nieco innej strony) i lepiej czują nowe kanały promocji.

Z majorsami poszło już gorzej. Tam gdzie miałem fajne kontakty jeszcze z czasów Odyssey Concerts było łatwiej. Tam gdzie te kontakty były mniej zażyłe (bo robiliśmy razem mało koncertów, a tym samym okazji do współpracy było mniej) było już znacznie trudniej.

A już zupełnie tragicznie było kiedy decyzja zależała od zagranicy, czyli w 80% przypadków.  Znajomi mówili wprost, że promocja odbywa się w prasie, radio i telewizji. A Internet to w najlepszym razie taka zabawa, żeby już nie wspominać o złych piratach (zły Napster i zły Shawn Fanning – ulubieńcy Larsa Ulricha z formacji Metallica).

Mniej znajomi mówili wprost i wyniośle, że nie mają czasu na takie pierdoły jak jakiś tam Internet. Już wtedy zarysował się podział na tych, którzy dzięki Intrnetowi zarobią więcej i tych, którzy będą cały czas narzekać jaki ten Internet zły.

Pozyskiwanie materiałów, dbanie o dobre kontakty z ludźmi z firm fonograficznych to jedna strona. Druga to pisanie wielu – minimum kilkunastu dziennie – artykułów (przez pierwszy okres tworzyłem ten serwis sam) i publikowanie ich w serwisie, którego jeszcze nie było.

Wtedy też musiałem nauczyć się podstaw HTML. Bez tej choćby niewielkiej wiedzy formatowanie tekstów, wstawianie obrazków, itd byłoby niemożliwe. Dziś wydaje się to śmieszne, ale wtedy już to wydawało mi się dużą rzeczą.

Muszę jednak przyznać, że mogłem liczyć na wielką pomoc naszych programistów, którzy tłumaczyli (a ja lubię wiedzieć jak to jest zrobione i jak działa) każdy element cierpliwie . I bardzo intensywnie pracowali nad rozwojem serwisu spełniając moje zachcianki.

Kosztowało nas to mnóstwo pracy, ale w końcu udało się serwis uruchomić.

Zaczynał się piękny czas.

 

PODOBNE ARTYKUŁY

0

Brak komentarzy

Odpowiedz: