Nie pamiętam, który z bramkarzy powiedział, że żeby uprawiać ten zawód trzeba nie mieć rozumu. No bo kto normalny rzuca się pod nogi rozpędzonego przeciwnika nie myśląc o konsekwencjach? Książka “Szamo” potwierdza te słowa. Nie wierzycie? To przeczytajcie toNazywam się Grzegorz Szamotulski. Dla wszystkich: “Szamo”. Mam nierówno pod sufitem, mówiąc po ludzku – uchodzę za lekko pierdolniętego. Jednak ten na pozór dyskwalifikujący fakt nie przeszkodził mi przez kilkanaście lat zawodowo grać w piłkę nożną” – tak zaczyna się książka “Szamo”. A potem jest już tylko lepiej.

Grzegorza Szamotulskiego najlepiej pamiętam – co oczywiste – z czasów jego gry w Legii Warszawa. Po latach bardziej od wszystkich jego interwencji pamiętam jego wyjątkową fryzurę, która miała podkreślić jego przywiązanie do klubu, ale bardziej podkreśliła stan jego umysłu.

szamoL

To kolejny dowód, że bramkarze nie są normalni. Zwłaszcza jeśli porównamy tę oryginalną fryzurę z tym co noszą na głowach współcześni piłkarze. Choć żeby oddać sprawiedliwość, pierwszym piłkarzem który w ten sam sposób dbał o efektowne zdobywanie bramek i swoją fryzurę był Marcin Mięciel, który grał razem z Szamo.

Wracając do książki. Jeśli spodziewacie się biografii piłkarza, prowadzącej od początku do końca kariery to będziecie zawiedzeni. “Szamo” to zbiór w większości zabawnych historii, które wydarzyły się na boisku, w szatni, na treningach i gabinetach prezesów. No i oczywiście w czasie imprez, bo za czasów Szamo (i przed nim) piłkarze spożywali alkohol prawdopodobnie częściej niż napoje izotoniczne. To faktycznie zadziwiające, ale kiedy piłkarze zaczęli się lepiej prowadzić sukcesów brak…

O ile z tym alkoholem i sukcesami to żart, o tyle już faktem jest, że za czasów (wcale nie takich odległych) Szamo piłkarze byli bardziej zdeterminowani na boisku, a przynajmniej sprawiali takie wrażenie. Oczywiście wiem, że bardzo dużo meczów było ustawionych i wynik znany był na długo przed pierwszym gwizdkiem. Z drugiej strony w tych meczach nieustawionych piłkarze walczyli tak, że kości trzeszczały.

Z resztą zróbmy szybkie porównanie. Weźmy dzisiejszych zawodników z formacji obronnej Legii i zestawmy ich z tym z czasów Szamo czy nieco przed nim. Jakub Rzeźniczak kontra Marek Jóźwiak? Albo Krzysztof Ratajczyk? Z całym szacunkiem dla Kuby, ale to odległe galaktyki. Nie żeby Beret czy Rataj byli wirtuozami futbolu, ale grali tak że napastnicy drużyny przeciwnej niekoniecznie mieli ochotę na bliskie spotkania. O tym między innymi wspomina Szamo.

Jest też sporo o trenerach z którymi pracowało się dobrze i którzy potrafili drużynę prowadzić konkretnie – tak, tak oczywiście jest sporo o Januszu Wójciku. Są też opowieści zebrane w rozdziale “Pseudotrenerzy”. Tu zbyt wiele tłumaczyć nie trzeba, dodam tylko że najwięcej miejsca w tym rozdziale Szamo poświęcił Stefanowi Majewskiemu i Lesławowi Ćmikiewiczowi. I zaręczam Wam, że jeśli panowie przeczytali choćby tylko ten rozdział to miło im nie było.

 

Kolejne rozdziały przynoszą opowieści o kolegach z boiska, meczach i pieniądzach. Tu znowu dowiadujemy się ciekawych rzeczy o znanych piłkarzach. Są historię o dusigroszach, którzy bezinteresowną pomoc wyceniali na 500 euro oraz takich jak Mariusz Piekarski, który żył tak jakby miał to być ostatni dzień jego życia i pieniądze wydawał nie licząc się z niczym. Jego przykład to dowód na to, że im mniej się przejmujesz pieniędzmi, im większy masz do nich dystans tym więcej ich masz. Ot taki paradoks.

Na końcu książki znajduje się taki oto fragment, który świetnie podsumowuje charakter Grzegorza Szamotulskiego:

Fałszywa skromność, celowy zabieg mający na celu wzbudzenie sympatii u tych czytelników, którzy uważają mnie za zarozumiałego buca. W rzeczywistości byłem znakomitym bramkarzem, tylko nie zawsze zrozumianym przez napastników drużyn przeciwnych. Zdarzało się, że moje fantastyczne robinsonady zdawały się na nic, bo rywal kierował piłkę, w zupełnie inny róg niż ten, w którym właśnie dynamicznie zmierzałem. Ale to już nie moją wina. Jak wiadomo, do tanga trzeba dwojga. Świetnie rozumiał to Szewczenko, który swego czasu walił prosto w Jurka Dudka. Rzadko na swojej drodze spotykałem aż tak kumatych napastników“.

No i jak tego wariata nie lubić?

 

 

PODOBNE ARTYKUŁY

Brak komentarzy

Odpowiedz: