No to ligę mamy z głowy, choć wszystko jasne było już od pewnego czasu. Czas na kilka słów podsumowania.

Legia obroniła tytuł i nie było tu niczego przypadkowego. Gdyby nie dzielenie punktów mistrzostwo byłoby pewne jeszcze wcześniej, ale w sumie zespół z Łazienkowskiej zakończył z taką samą przewagą nad Lechem z jaką kończyła się poprzednie runda. 10 punktów przewagi nad drugim Lechem to całkiem dobry wynik. 16 punktów przewagi nad trzecim Ruchem to wynik bardzo dobry.

Patrzę na Legię i odnoszę wrażenie, że tak poukładany ten klub nie był nigdy. Ogromna to zasługa Bogusława Leśnodorskiego, który po prostu podejmuje dobre decyzje. Czasem się z nim nie zgadzam, ale na końcu okazało się, że to on ma racje. Póki co można o prezesie Legii powiedzieć, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Niech więc zarządza klubem jak najdłużej.

Kiedy w styczniu zmienił się trener byłem trochę zdziwiony. W końcu Legia zajmowała 1 miejsce w lidze, a to raczej nie powód do zwalniania trenera. Wszyscy jednak mieliśmy w pamięci fatalne występy w europejskich pucharach. Kiedy zaczynał się sezon mówiłem i pisałem, że chyba każdy trener w Polsce chciałby mieć tak szeroki skład jakim dysponuje Jan Urban. O ile w lidze Legia wyglądała dobrze, o tyle od oglądania wyczynów Legii w pucharach bolały zęby.

Męki z The New Saints FC, jeszcze większe męki z Molde i w końcu Steaua Bukareszt. 1:1 na wyjeździe i 2:2 u siebie. Liga Mistrzów była blisko, ale Legii zabrakło pewności siebie, doświadczenia, pewnie też umiejętności. W sumie nic nowego, dzieje się tak co rok, więc pewnie już wszyscy przywykli. Liga Mistrzów to za wysokie progi, ale w Lidze Europejskiej pograć można. Tymczasem piłkarze postanowili wystawić naszą cierpliwość na poważną próbę. O ile porażka z Lazio była czymś spodziewanym, o tyle już przegrana z Apollonem była po prostu wstydem. A potem jeszcze jedna porażka z Lazio, dwie porażki z Trabzonsporem i wymęczone zwycięstwo z Apollonem. Po porażce z Trabzonsporem napisałem tekst “Minuta Ciszy” i już sam tytuł wiele tłumaczy.

Dlatego zmiana trenera zaskoczyła mnie tylko trochę.

Wiadomo było, że nowym trenerem zostanie ktoś z zagranicy i przez pewien czas wiele wskazywało, że będzie nim trener Molde, drużyny z którą Legia tak bardzo się męczyła, aż wywalczyła zwycięski remis. Molde trenował Ole Gunnar Solskjaer, w przeszłości doskonały napastnik Manchesteru United, z którym wygrał Ligę Mistrzów w sposób niesamowity. Kiedy zegar wskazywał 90 minutę wszystko wskazywało, że wygra Bayern. A potem cudu dokonał Teddy Sheringham i Ole Gunnar Solskjaer właśnie.

Tymczasem trenerem został Henning Berg, kolega Ole Gunnara Solskjaera z Man Utd. Pomyślałem, że to może nawet lepiej. Berg był obrońcą, więc spodziewałem się bardzo siłowego futbolu, piłkarzy, którzy prędzej upadną na murawę z wycieńczenia niż odpuszczą. A tymczasem pierwsze mecze nie napawały optymizmem. Nieznaczne zwycięstwo z Koroną, wysokie zwycięstwo z Górnikiem, walkower z Jagiellonią, remis ze Śląskiem i fatalny, a właściwie nazwijmy rzecz po imieniu – frajerski remis z Wisła. Z najsłabszą Wisła od lat, na własnym stadionie i to prowadząc 2:0. A potem było już lepiej i efekty pracy Henninga Berga zaczęły być widoczne i co więcej napawają optymizmem przed kolejnym sezonem. Na Ligę Mistrzów specjalnie nie liczę (choć oczywiście cud może się zdarzyć), ale na dobre mecze i może awans z grupy w Lidze Europejskiej jak najbardziej. No i kolejne mistrzostwo rzecz jasna. Dziś w lidze nikogo lepszego po prostu nie ma.

 

zdjęcie: Legia.com

PODOBNE ARTYKUŁY

0

0

0

Brak komentarzy

Odpowiedz: