Bieganie (nawet jeśli to tylko trucht) – oprócz oczywistych zalet jak ruch, dotlenienie, spadek wagi, etc. – ma też inną, z mojego punktu widzenia najważniejszą zaletę. Takie 7,5 – 8 km które przebiegam co 2 dzień, to w sumie około 50 minut (+/- 3) pokonywania słabości. Może to nie jest walka, bo ani to wielki dystans, ani tempo wyśrubowane, ale czasem trudno. 

Czasem jest taki dzień, że biegnę jak Forrest Gump – wiecie, klasyka gatunku:

Tego dnia, tak bez przyczyny, postanowiłem trochę pobiegać. Pobiegłem do końca drogi, a kiedy tam dotarłem, pomyślałem, że pobiegnę na koniec miasta“. Itd.

Ale są takie dni, że gdzieś w okolicach 3 -5 kilometra zaczyna się walka Rozsądku z Ambicją.

- A może dziś pobiegniesz krótszy dystans, nie ma co tak forsować organizmu – podpowiada Rozsądek.

- Shut the fuck up, bitch – odpowiada Ambicja – Może akurat dziś pobiegniemy te 500 metrów dalej, czas już zmienić dystans.

No i tak sobie biegniemy w przyjemnej atmosferze we trójkę: ja, mój Rozsądek i Ambicja. I zawsze we trójkę dobiegamy do końca, bo powstrzymać nas, tzn. mnie i Ambicję może tylko zawał lub złamanie nogi. Nawet połączone siły dywizji pancernych Das Reich i  SS Totenkopf nie mają ze mną szans (tak jest z resztą w każdym innym przypadku kiedy podejmę decyzję, że coś zrobię lub coś osiągnę. A jakby ktoś chciał mnie bardziej zmotywować, to wiadomo co trzeba powiedzieć ;)). Rozsądek ma mniej do powiedzenia. Choć nie jestem do końca przekonany czy to Rozsądek czy Leń, który marzy o kanapie.

Kiedy już dobiegam, to jestem oczywiście dumny że znowu dałem radę, jeszcze bardziej dumny kiedy pobiję jakiś rekord (choć to nie jest celem, a przynajmniej nie najważniejszym elementem biegania).

(Tak jak wczoraj, kiedy przebiegłem 1 km w tempie lepszym o 21 sekund od rekordu. I to w warunkach niesprzyjających – czyli z wiatrem i deszczem w twarz. Z resztą to dość ciekawe – im gorsze są warunki, im mniejsza ochota żeby pobiec tym na końcu lepszy wynik.)

Super się czuję kiedy po zakończonym biegu wydzielają się stada endorfin, to coś czego opisać się nie da dopóki się nie odczuje. 

Ale najfajniejsze jest na końcu, już w domu, po prysznicu i w suchym ubraniu.

Dystans. Spokój. Wyciszenie.

Problemy oczywiście nie znikają, klienci nie mnożą się nagle jak króliki, podatki i składki ZUS (tfu, tfu) nadal trzeba płacić, szóstka w Lotto jest uparta i mnie omija, a wujek milioner z Ameryki nadal się nie ujawnił. Co więcej kiedy endorfiny nieco opadną okazuje się, że hasło “sport to zdrowie” dotyczy chyba tylko szachistów. Otarte różne części ciała, ból stawów skokowych i kolanowych. Nie wspomnę już jak wygląda poranek dzień po, a konkretnie zejście po schodach. Ale to nic. Naprawdę. Ważne jest coś innego.

Dystans. Spokój. Wyciszenie.

Oto dlaczego warto biegać, nawet jeśli to tylko trucht.

Marek Molicki, od 1998 roku związany z branżą online. Regional Manager w Gemius SA, właściciel Popkultury, w ramach której doradza firmom które chcą osiągnąć sukces w Internecie. W przeszłości zarządzał m.in. Kultura.yoyo.pl, CGM.pl, Chip.pl oraz odpowiadał za działania online w firmach Cenega i CDP.pl (ex CD Projekt) Więcej o autorze

PODOBNE ARTYKUŁY

4 Komentarze

  1. Bieganie z trenerem to całkiem dobry pomysł. Wielu ludzi (w tym i ja) nie potrafi prawidłowo biegać, co jest częstym powodem kontuzji.

  2. Moim celem jest osiągnąć dystans 10 km, a potem stopniowo zmniejszać czas potrzebny na pokonanie tego dystansu. Głównym celem jest natomiast dobre samopoczucie, a to osiągam już na obecnym dystansie ;)

Odpowiedz: