Do Moskwy poleciałem na zaledwie dwa dni, więc nie miałem okazji za dużo zobaczyć, zwłaszcza że był to wyjazd służbowy. Ale te dwa dni wystarczyły, żeby choć trochę zrozumieć Moskwę i Rosjan. 

Lot z Warszawy do Moskwy na lotnisko Szeremietiewo przebiegł bez problemów. Wylądowaliśmy planowo i ruszyliśmy po bagaże. Wcześniej jednak czekała nas kontrola paszportowa. Sprawdzający paszporty i wizy mają kamienne twarze, na których prawdopodobnie nigdy nie gościł uśmiech. Jak pewnie wiecie w paszporcie stron na wizy i pieczątki jest dość sporo. Ale kiedy pan od paszportów zobaczył pieczątkę amerykańską swoją, rosyjską postawił wyżej, chociaż tam akurat miejsca nie było przesadnie dużo. Nic to, ważne że w odwiecznej rywalizacji Rosja – USA pierwszy punkt dla Wschodu.

Z lotniska Szeremietiewo do centrum można dotrzeć na dwa sposoby: taksówką lub komunikacją publiczną. To pierwsze jest wygodniejsze, ale też trzeba liczyć się z wydatkiem minimum 1500 rubli. A do tego doliczyć czas spędzony w korkach, a te są w Moskwie znacznie większe niż w Warszawie. Napisałem “znacznie większe”? Wróć. Takich korków nie ma w Warszawie. Drugi bardziej ekonomiczny sposób podróży to AeroExpress, pociąg który zawiezie nas z lotniska (nie tylko z resztą z lotniska Szeremietiewo, ale też z Domodiedowo i Wnukowo) do stacji metra Biełoruskaja. Przejazd trwa ok 30-40 minut, pociąg jest nowy i czysty, w wagonach prowadzona jest sprzedaż napojów oraz przekąsek, jest darmowe Wi-Fi (działa bez zastrzeżeń) i w ogóle czuć powiew Zachodu.

Kiedy już znajdziemy się w metrze wszystko staje się jeszcze prostsze. Bo metro w Moskwie to niesamowicie wygodny sposób podróżowania. Linii jest 12 – 11 to linie przecinające Moskwę ze wschodu na zachód i z północy na południe. W środku jest linia, która jeździ po okręgu. Takie połączenie linii powoduje, że dotarcie z jednego punktu do drugiego jest łatwe i szybkie. I naprawdę trudno się w tym metrze zgubić. Na dodatek stacje zostały tak zaprojektowane, żeby nikt nie miał wątpliwości, że jest w kraju wielkim i bogatym (choć z tym można polemizować). Wrażeń dostarcza zwłaszcza Kijewskaja i to z dwóch powodów. Po pierwsze jest to jedna z najbardziej ozdobionych stacji w Moskwie i sama w sobie jest atrakcją turystyczną. Po drugie motywem przewodnim który można zobaczyć na mozaikach jest historia Ukrainy i… przyjaźni między narodami ukraińskim i rosyjskim.

Oczywiście w metrze też jest darmowe Wi-Fi, które działa bez zastrzeżeń i z którego korzysta wielu podróżujących. Swoją drogą podróż metrem to ciekawe doświadczenie badawcze – otóż okazuje się, że mieszkańcy Moskwy – co mniej nie zdziwiło – kochają iPhony i Samsung Galaxy s4. Kindle natomiast widziałem chyba raz.

Z ciekawostek w metrze – w jednym z wagonów widziałem reklamę na której widać było kobietę i mężczyznę. Ktoś dorysował dymki komiksowe i dopisał “Krym nasz”, “Chwała bohaterom”. Jak widać, część społeczeństwa jest zadowolona z podboju Krymu… A właściwie to intryguje mnie czy autor dopisków nadal jest zadowolony biorąc pod uwagę to co dzieje się w Rosji obecnie.

A to jaka Rosja jest najlepiej widać na Placu Czerwonym. To taka Rosja w pigułce i to właśnie tu najłatwiej ją zrozumieć. Przynajmniej częściowo.

Po pierwsze wszystko jest duże, by nie powiedzieć wielkie (choć sam Plac Czerwony w rzeczywistości jest mniejszy niż to co przynajmniej ja wyobrażałem sobie widząc go w telewizji). Po drugie na każdym kroku widać tęsknotę za wielką i potężną Rosją, której każdy się boi – zaczynając od mauzoleum Lenina na tablicach upamiętniających wielkie bitwy II Wojny Światowej. Po trzecie dusza słowiańska potrzebuje rozrywki i na Placu Czerwonym ją znajdzie. Ot choćby teraz wielkie lodowisko, a wokół niego stragany na których można kupić pamiątki (obowiązkowe Matrioszki) i spróbować rosyjskich potraw (np. naleśników z mięsem czy twarogiem, bulion z kury, który w temperaturze panującej w grudniu smakuje wyjątkowo). Nie brakuje też ogromnego domu towarowego (znanego jako GUM czyli Gławnyj Uniwiersalnyj Magazin), w którym znajdują się sklepy wszystkich chyba znanych marek. To musi być jedno z ulubionych miejsc zamożnych Rosjan.

Tak, zdecydowanie Plac Czerwony to Rosja w pigułce.

Czy wspominałem już, że w Rosji wszystko jest wielkie? No to spójrzcie jak wygląda budynek w którym mieści się Mail.ru. Miałem okazję zobaczyć ten budynek od środka. Dość powiedzieć, że na parterze znajduje się boisko…

mail_ru

A jacy są Rosjanie? Przyjaźnie nastawieni i pomocni. Przynajmniej ja miałem szczęście tylko takich spotykać. Jest tylko jeden problem. Jeśli nie nie znasz choć trochę rosyjskiego to łatwo nie będzie. I tak sobie myślę, że zdziwią się ludzie, którzy przyjadą na Mistrzostwa Świata do Rosji z nadzieją, że dogadają się po angielsku. Nie wiem ilu ludzi w Rosji zna język angielski, wiem że znalezienie osoby posługującej się tym językiem jest trudne. Może być też tak, że część Rosjan zna angielski, ale po prostu nie ma ochoty się nim posługiwać. (I to nie tylko na ulicy, ale też w firmach w których można spodziewać się jednak czegoś innego.) To trochę jak w Paryżu czy w Rzymie, choć tam jednak dogadać się po angielsku jest znacznie łatwiej.

Moskwa wydaje się też być miastem bezpiecznym, ja w każdym razie takie właśnie odniosłem wrażeniem. Policjantów jest naprawdę dużo i widać, że wzbudzają respekt. Potrafią wtargnąć na ulicę i zatrzymać samochód do kontroli dość niespodziewanie, wychodząc najprawdopodobniej z założenia, że to kierowcy problem żeby zdążyć się zatrzymać. I zdecydowanie prawdą jest, że bardzo trzeba uważać kiedy przechodzi się przez przejście dla pieszych, bo to że mamy zielone światło jeszcze o niczym nie świadczy. Nie żeby było to regułą, ale zdarzyło mi się przynajmniej dwa razy uniknąć bliskiego kontaktu z czarnym BMW. Taki mają klimat.

Aha skoro o samochodach mowa. Niewątpliwie wielu mieszkańców Moskwy kocha samochodu w kolorze czarnym, wielu z nich uwielbia modele z przyciemnianymi szybami, choć słowo “przyciemnianymi” nie oddaje rzeczywistości. Wielu z mieszkańców Moskwy kocha BMW i Mercedesy oraz Lexusy i Maybachy. Więcej BMW (i nie mam na myśli trzydziestoletnich modeli z cyklu “Niemiec płakał jak sprzedawał” znanych z ulic choćby Warszawy czy miejscowości podwarszawskich) widziałem chyba tylko w Monachium.

Pobyt w Moskwie był krótki, bo trwał zaledwie dwa dni z czego większość czasu spędziłem na biznesowych spotkaniach. I z pewnością chętnie Moskwę odwiedzę prywatnie, bo to niezwykłe miasto, a zwykli Rosjanie to fajni ludzie. Natomiast zdecydowanie nie wybiorę się do Moskwy Aeroflotem.

Podróż powrotna to był koszmar. Do Warszawy dolecieliśmy 10 minut przed czasem i to ostatnia dobra wiadomość. Pilot zamiast podejść do lądowania zaczął krążyć nad Warszawą. Gdzieś po około 30 minutach oznajmił, że ze względu na mgłę nie możemy lądować i musimy czekać na poprawę warunków. Tyle, że przez okno samolotu widzieliśmy Warszawę dokładnie, z poruszającymi się samochodami po ulicach włącznie. Uznaliśmy, że informacja o pogodzie to zwykła ściema i pewnie samolot ma problemy techniczne. Po pewnym jednak czasie pilot oznajmił, że ze względu na utrzymujące się złe warunki pogodowe zdecydował, że lecimy na inne lotnisko, a konkretnie do Berlina na Schonefeld. Że co? Jak to do Berlina? Przecież w Polsce jest kilka lotnisk, które przyjmie nas bez problemu, ot choćby Poznań skoro już tak pilot uwielbia kierunek zachodni. Też byliśmy przekonani, że to ściema, ale kiedy 40 minut później zobaczyliśmy charakterystyczną wieżę telewizyjną uwierzyliśmy, że faktycznie jesteśmy w Berlinie.

Po wylądowaniu obsługa nakazała nam zabranie tylko dokumentów i pozostawienie bagażu na pokładzie. Na lotnisku otrzymaliśmy karty pokładowe i na tym koniec. Po 1.5 godzinie zaproszono nas na pokład samolotu i kilka chwil później ponownie polecieliśmy do Warszawy. Po kilkudziesięciu minutach pilot oświadczył, że za 25 minut lądujemy. Niestety nie wylądowaliśmy. Za to przez 2 godziny lataliśmy nad Warszawą, bez najmniejszej informacji od pilotów. Miałem przez chwilę wrażenie, że piloci włączyli tryb auto i poszli spać. W końcu jednak kapitan przemówił i oświadczył, że polatamy tak jeszcze przez 30 minut i jeśli warunki się nie poprawią… wracamy do Berlina.

To, że warunki się nie poprawią było oczywiste. Co więcej, wszystkim na pokładzie wydawało się oczywiste, że cały ten lot z Berlina już był pozbawiony sensu, bo przecież mgła nie znika ot tak od ręki. A już z pewnością nie nad Okęciem. W końcu gdzieś około 3 w nocy wylądowaliśmy na nieczynnym już lotnisku Schonefeld. I znowu nikt nic nie wie. W informacji Aeroflotu zbyt wiele się nie dowiedzieliśmy, choć w pewnym momencie pojawiła się wiadomość, że samolot odleci do Warszawy… o 14. Daliśmy sobie spokój i do Warszawy wróciliśmy… pociągiem. W sumie powrót Z Moskwy do Warszawy zajął nam 23 godziny. Jak się czuję człowiek po tylu godzinach podróży, bez możliwości choćby odświeżenia się, nie muszę mówić… Wieczorem odebrałem swój bagaż na Okęciu i wyprawę można było uznać za zakończoną.

Mimo powrotu, który zajął tyle co lot do NY i z powrotem wyprawa do Moskwy była całkiem udana i chętnie stolicę Rosji odwiedzę jeszcze raz. Zwykli Rosjanie są bardzo w porządku, mają po prostu pecha do władzy. I to niestety od setek lat…

zdjęcie główne: Marcin Polak

zdjęcie Mail.ru:Wikipedia
zdjęcia w galeriach: moje

PODOBNE ARTYKUŁY

0

0

0

Brak komentarzy

Odpowiedz: