Kilka tygodni temu stojąc w sklepie przed półką z płytami CD zdałem sobie sprawę, jak bardzo zmienił się sposób konsumpcji szeroko pojętej kultury. Coraz trudniej znajduje uzasadnienie dla zakupów książek w wersji fizycznej (o muzyce i filmach już nie wspominam), choć tak naprawdę to ostatni bastion, książek drukowanych nadal jednak sporo kupuje.   

Tak, wiem. Nic nie zastąpi książki prosto z księgarni. Zgadzam się w 100% tego nie da się niczym zastąpić.Pytanie zasadnicze brzmi jednak czy kupujesz książkę dla zapachu czy treści? Ja zdecydowanie dla treści, zapach z resztą dość szybko znika. A zatem co zrobisz z książką kiedy ten najważniejszy, przemawiający za kupowaniem książek drukowanych argument zniknie? Przecież nie wyrzucisz.

Czy jednak wyrzucisz?

Książki drukowane nadal kupuje i wiele wskazuje na to, że biografię i książki o tematyce historycznej oraz militarnej (II Wojna Światowa, Navy SEALs, GROM, etc.) nadal będę w tej formie kupował. Nie umiem tego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć, prawdopodobnie ma to jakiś związek z kolekcjonerstwem. Natomiast wszystkie książki zawodowe od PHP przez C++ do social media marketingu już tylko w formie ebooków. Mam już całkiem spory regał wypełniony książkami zawodowymi i wystarczy. Ebooki są po prostu wygodniejsze i bardziej praktyczne – szczególnie dotyczy to tych zawodowych gdzie często szybko trzeba dotrzeć do konkretnego fragmentu, a do tego miejsce na biurku jest mocno ograniczone.

Muzyka. Przez lata kupowałem dużo płyt, a wcześniej kiedy pracowałem w branży fonograficzno-koncertowej sporo tych płyt dostawałem. Kiedy całkiem niedawno stanąłem w sklepie przed półką z płytami uświadomiłem sobie, że to nie ma sensu. Mam wykupiony abonament w Spotify i miliony utworów. Legalnie, dostępne zawsze i wszędzie, gdziekolwiek jestem. Wystarczy, że mam urządzenie z dostępem do internetu. Albo i nie, bo przecież mogę sobie wybraną muzykę pobrać i słuchać również wtedy kiedy nie jestem podłączony do sieci (co zdarza się chyba tylko wtedy kiedy jadę samochodem i biegam). Co więcej jakość tych utworów jest bardzo dobra, oczywiście nie audiofilska, ale w zupełności wystarczająca do codziennego użytku.

Stojąc przed tą półką miałem chwilę zwątpienia kiedy przypomniałem sobie ile artyści dostają za odsłuchanie utworu, ale szybko mi przeszło. Wszystko odbywa się legalnie, a te warunki ktoś negocjował i ktoś się na nie zgodził. Możliwe, że artyści w wielu przypadkach mieli niewiele do powiedzenia ze względu na zapisy w kontraktach. Nie mam na to jednak wpływu i trudno oczekiwać, że z tego powodu zrezygnuje z abonamentu. Mogę natomiast zrezygnować jeśli przestanie odpowiadać mi Spotify. Wówczas mogę przerzucić się na równie legalnego Deezera. Z ekonomicznego punktu widzenia abonament w Spotify czy Deezer to mniej więcej cena jednego albumu…

Filmy? W pudełku? Na płycie? Po co?

Film zazwyczaj oglądam raz. Chyba, że jest to bardzo ważny dla mnie obraz, wówczas mogę obejrzeć go kilka razy. Ale tu tak jak w przypadku muzyki, większość już tych wydawnictw mam. Mimo to, że posiadam ważne dla mnie filmy na nośnikach fizyczncyh kupuję wersje cyfrowe. Dlaczego? Bo tak wygodniej. Plik się nie porysuje, nie zagubi. Wszystko mam pod ręką. W jednym lub dwóch miejscach.

Tak sobie myślałem o tym i postanowiłem zapytać znajomych czy mają podobne odczucia czy zupełnie inne spojrzenie na sprawę.

Cyfrowa rozrywka. To świat niedalekiej przyszłości. Świat w którym konsument nie będzie wychodził z domu ani nie będzie się zastanawiał w jakiej formie kupić produkt. Będą tylko produkty cyfrowe. A wielkie centra handlowe zamienią się w miejsca gdzie młodzi chłopcy będą ścigać się na deskorolkach z drugiej części “Back to the future”.. Rozrywka dostępna na jedno kliknięcie. Lub bardziej jeden dotyk. Zakupy za pomocą linii papilarnych w smartfonie lub na pilocie do TV. Wielkie telewizory z cyfrowym contentem w chmurze. Miło łatwo i przyjemnie jak TV końca XX wieku. Szybki internet dostępny wszędzie i za darmo. Wirtualna zabawa w rozwiązania post kinect/move, które przenoszą graczy w pełny wirtualny trójwymiarowy świat. Mówiące i myślące systemy operacyjne sterujące naszym życiem. Gry które będą zacierały i przesuwały granice doznań. Filmy w których będziemy uczestniczyć jak bohaterowie “Strange days”. Dopamina prosto do kory mózgowej. Zatem cyfrowa rozrywka przyszłości to wszystko na wyciągniecie dłoni. A raczej mózgu. Zatarcie wszelkich granic. A czy to będzie fajny świat, to już zupełnie inne pytanie.

Darek Nazim, dyrektor e-commerce w CDP.pl

Wyjdzie w tej kwestii ze mnie paskudny konserwatysta, ale skoro ma być szczerze to będzie szczerze. Generalnie ubolewam bardzo nad stopniowym zastępowaniem fizycznych nośników muzycznych przez pliki cyfrowe. Zawsze będę bronił tezy, że muzyka to nie tylko wrażenie słuchowe, które jakoś trzeba do uszu doprowadzić za pomocą słuchawek czy głośników. Każdy kontakt z płytą winylową, CD, czy kasetą to dla mnie pewna szalenie intrygująca wartość dodana, w której mogę pełniej wniknąć w cały artystyczny zamysł Twórcy. Sam jestem kompozytorem i wydaję swoją muzykę w postaci płyt. Gatunek niszowy, ale obserwuję ten sam konserwatyzm wśród moich Słuchaczy. Nie tylko muzyka, ale również jej opakowanie ma znaczenie. Przecież to jest cała kompleksowa machina, w której bierze udział muzyk, plastyk, który projektuje okładkę i szatę graficzną, redaktor od tekstów w książeczce, w których kompozytor chciałby coś więcej wyjaśnić, opisać okoliczności powstania muzyki, czy zamieścić inne ważne informacje. Trudno to być może zrozumieć młodszemu pokoleniu, ale dla moich rówieśników to wszystko miało i dalej ma znaczenie. Oczywiście poza płytami CD posiadam profil na BandCamp, gdzie można sobie moją muzykę kupić i załadować na twardy dysk w dowolnie wybranym formacie. Staram się więc iść z duchem czasu. Z drugiej strony być może schyłek CD i winyla nie jest taki nieuchronny, jakby sie mogło wydawać. Przecież wciąż pojawiają się wydawnictwa płytowe, a firmy audiofilskie produkują gramofony i odtwarzacze kompaktowe o coraz lepszych parametrach. Mało kto tak naprawdę wie, jak wiele informacji zawiera leciwy już dysk CD. Trzeba tylko posłuchać dobrze nagranej płyty na dobrym sprzęcie, a pewne jest że wykrzykniemy “WOW!”. Jeśli pliki cyfrowe to nieuchronna przyszłość, to nie ma co z tym walczyć. Muzyka i tak jest najważniejsza. Moje pokolenie jednak zawsze będzie z nostalgią wracać do całego misterium związanego z rozpakowaniem nowej płyty ulubionego wykonawcy, włożeniu jej do odtwarzacza, potem już w wygodnym fotelu, z drinkiem w dłoni delektowania się dźwiękami. Może jest dla nas jeszcze jakaś nadzieja?

Przemek Rudź, kompozytor, autor książek, popularyzator astronomii

Tak zwane ”analogowe” media (określenie bardzo umowne, bowiem wiele z nich, takie jak filmy na Blu-ray czy muzyka na CD to jak najbardziej technologia cyfrowa) przetrwają jeszcze, wydaje mi się, bardzo długo. Natomiast zupełnie osobną kwestią jest to, czy dalej będą dostępne w obecnej formie. Prawda jest bowiem taka, że jeszcze żadne urządzenie do konsumowania treści stricte cyfrowych nie zapewnia tyle przyjemności z obcowania z treścią, co nośnik ”analogowy”. Żadna płyta odtworzona na Deezerze nie wygląda tak ładnie na półce w domu i nie pozwala na przyjemne przeglądanie dołączonej doń książeczki. Żaden Kindle czy iPad nie daje tyle przyjemności z czytania książki, co właśnie owa tradycyjna książka, która pachnie, której papier ma określoną fakturę, i tak dalej, i tak dalej. Z drugiej jednak strony, doceniamy zalety mediów ”analogowych”, ale coraz częściej, szczególnie młodsza część konsumentów, konsumuje treści cyfrowo. Poranna prasa? Serwisy informacyjne i społecznościowe na tablecie lub laptopie. Muzyka? W drodze do szkoły czy pracy ze Spotify. Książka na podróż? To weźmy kilka i zainstalujmy na Nooku czy tam Kindle’u. Film na wieczór? Wypożyczalnia płyt tak daleko, to może zajrzyjmy na iTunes? To są zazwyczaj te same osoby, przynajmniej z moich, prywatnych obserwacji (nie widziałem badań na ten temat), które bronią ”analogowych” formatów. Skąd ten dysonans? ”Analogowe” nośniki dalej dają poczucie ekskluzywności. Są fajne, ale drogie i mniej wygodne. Kindle waży tyle, co mały zeszyt, zmieści się do niewielkiej torby. Nie oferuje przyjemności z czytania, jaką daje książka. Ale oferuje niewiele gorszą i znacznie większą niż ”znośną”. Deezer nie oferuje audiofilskiej jakości dźwięku ani nie ma ”książeczek”, ale słuchając muzyki na słuchawkach, w podróży i w biegu, czy nawet na domowej imprezie jest w zupełności wystarczający (a jaki wygodny!). Czasopisma? Przyjemnie się je przegląda, ale na tablecie niewiele gorzej (a tam jest taniej, są multimedia, odnośniki do źródeł, i tak dalej). Innymi słowy, do codziennej konsumpcji treści, cyfrowe media są dla nas w pełni wystarczające, a na dodatek tańsze i bardziej wygodne. Co więc z ”analogami”? Gdybym miał zamienić się w proroka, to rzekłbym, że samo co z płytami winylowymi i tym podobnymi. Przetrwają, ale jako towar ekskluzywny, dla koneserów lub kolekcjonerów. Książki papierowe zapewne zdrożeją, ale będą pięknie wydawane. Prasa przejdzie na model ilustrowanych magazynów, z pięknymi ilustracjami i na wysokiej jakości papierze. Do filmów Blu-ray będzie dodawana tona dodatków dla fanów. I tak dalej, i tak dalej. Media ”analogowe” jak najbardziej przetrwają. Ale większość treści, moim zdaniem, już całkiem niedługo będziemy konsumować wyłącznie w formie cyfrowej.

Maciej Gajewski, redaktor magazynu Chip.pl

Uwielbiam ułatwiać sobie życie i chcę mieć dostęp do wielu informacji z poziomu komputera bądź telefonu. Coraz więcej moich znajomych w ten sposób funkcjonuje i stara się maksymalizować procesy automatyzacji pewnych czynności, aby móc robić jeszcze więcej w tym samym czasie. Ja mam podobnie, dlatego też moi znajomi nazywają mnie ”gadżeciarzem”, uwielbiam wykorzystywać technologię do ułatwiania życia. Sądzę, że najbliższe kilka lat mocno będzie promowało przechodzenie ze świata analogowego do cyfrowego. Natomiast pragnę zwrócić uwagę na jeden szczegół, czasami specjalnie chcemy stać się OFFLINE i szukamy powodu aby w czynność włożyć więcej wysiłku niż tylko kliknąć w telefonie czy na pilocie. Wydaje mi się, że powrót do przedmiotów analogowych przychodzi z wiekiem oraz momentem, kiedy chcemy się wyciszyć. Promuję czytanie książek w wersji elektronicznej ze względu na wygodę, natomiast za kilkanaście lat widzę siebie w pokoju, gdzie w kominku tańczy sobie ogień ogrzewając mnie w chłodny listopadowy wieczór. A ja na swoim ulubionym wytartym fotelu, trzymam w ręku już zniszczone wydanie ulubionej książki, a na stoliku obok stoi szklaneczka mojej ulubionej whisky single malt. Może okazać się, że to co kochamy, będziemy chcieli wyróżnić na tle innych czynności które robimy w pośpiechu.

Marcin Łukiańczyk, właściciel serwisu UpolujEbooka.pl

Wyszło mi na to, że zgadzam się przynajmniej częściowo z każdym z Panów. Kupowanie produktów fizycznych to coraz częściej zajęcie dla kolekcjonerów. Sam wspominałem o tym wcześniej, że jeśli już kupuje produkty fizyczne to z powodów kolekcjonerskich, natomiast to wszystko co ma praktyczne zastosowanie (książka zawodowa, film na raz czy muzyka które po prostu chcę posłuchać) kupuję już tylko cyfrowo. Zarówno kwotowo jak i ilościowo przewaga jest po stronie produktów cyfrowych. I wszystko wskazuje, że ta przewaga będzie tylko większa i to w skali globalnej. Nawet już odrzucając popularną (choć jednak często nieprawdziwą) tezę “mamy coraz mniej czasu”, to faktem jest, że chcemy kupować coraz taniej, otrzymywać to co kupiliśmy coraz szybciej i mieć bardzo wygodny i nieograniczony dostęp do tego co kupiliśmy. I właśnie “cyfra” nam to wszystko daje.

Czy tak będzie lepiej? Pewnie będzie łatwiej, możliwe, że taniej, z pewnością szybciej. Lepiej? Pod pewnymi względami tak.

Pokolenie młodych, którzy nie znają innego świata niż ten z internetem, komputerami i smartfonami prawdopodobnie nawet nie rozumie naszych dylematów (których jednak i my mamy coraz mniej). Dla nich to jest dość oczywista sprawa – świadomie uogólniam i nie piszę o wyjątkach, którzy akceptują tylko płyty winylowe i książki wydane przed 1965.

Ja oczywiście z wielkim sentymentem będę wspominał to wszystko o czym napisał Przemek. Pamiętam jak wiele lat temu pewnego upalnego dnia, chyba z 5 razy przychodziłem do sklepu wielkości budki z zapiekankami, żeby dowiedzieć się czy w końcu dojechały kasety z nagraniem najnowszego materiału zespołu Trauma. I kiedy w końcu kupiłem upragnioną kasetę i dotarłem z nią do domu odprawiłem cały rytuał. Odpakowanie z folii, oglądanie wkładki z tekstami i podziękowaniami (z obowiązkowym poszukiwaniem znajomych), a następnie odsłuchanie materiału z jednoczesnym czytaniem tekstów (wokalista śpiewał growlingiem, więc wsparcie się słowem pisanym było jak najbardziej uzasadnione). Zawsze z sentymentem będę wspominał wizyty w sklepach płytowych, poszukiwanie rarytasów, polowanie na wyjątkowe wydawnictwa, rozmowy z zaprzyjaźnionym sprzedawcą, którego wiedza o muzyce dorównywała wiedzy najlepszych dziennikarzy muzycznych, itd. Ale coraz częściej będą już tylko wspominał i korzystał z tego co daje mi “cyfra”.

Jestem sentymentalny, ale wygodę cenię coraz bardziej. Proza życia drodzy państwo. Przyszłość jest cyfrowa.

 

PODOBNE ARTYKUŁY

Brak komentarzy

Odpowiedz: