Oto obiecana kontyunacja wydarzeń koncertowych z 1996 roku czyli czasu kiedy pracowałem w Odyssey Concerts jako Press Officer. Tym razem o koncertach Tiny Turner oraz zespołów Metallica i Pearl Jam.

Koncert Stinga to były wielkie emocje. Kontakt z gwiazdami pokroju Stinga dla większości ludzi ogranicza się do oglądania go w telewizji. Nic więc dziwnego, że możliwość przybicia piątki i odpowiedzi na pytanie: How are you Marek? robiło na młodym mnie wrażenie gigantyczne. (Choć oczywiście mam i miałem świadomość, że to takie zwykłe grzecznościowe jak się masz i nic więcej). Po drugie bardzo chciałem, żeby wszystko się udało. Nie miałem doświadczenia, a wrzucony zostałem do oceanu. Musiałem sobie poradzić. Starsi koledzy żartowali próbując uspokoić moje obawy – Nie takie koncerty się kładło. No nie powiem, żebym się dzięki temu czuł lepiej. Przerażało mnie na początku też to, że taki koncert robiło w sumie 5 osób. Oczywiście w miejscu gdzie koncert miał się odbyć było już ludzi znacznie więcej, ale tak na co dzień… Steven to jednak perfekcyjnie zorganizował, więc wystarczyło kilka osób. Jestem mu z resztą dozgonnie wdzięczny za wszystko czego mnie nauczył. Prawdopodobnie gdyby nie wielu rzeczy nie udałoby mi się zrobić. Tak, niewątpliwie to od Stevena odebrałem największą zawodową lekcję. Dzięki Steven :)

TINA TURNER

Jeśli w 1996 roku byłeś na tyle dorosły żeby odróżniać mleko od piwa i mieszkałeś w Warszawie to możesz pamiętać dzień w którym miasto stało się żółte. Jednym z głównych patronów koncertu było radio RMF FM. Radio z wielką mocą oddziaływania. Pewnego dnia zadzwoniłem do szefowej marketingu RMF i zapytałem, czy mogą nieco podkręcić działania promocyjne. Pani E. powiedziała, że nie ma sprawy i podziałają.

Spodziewałem się większej liczby spotów. I tylko tego. Kilka dni później jadąc do biura moją zauważyłem, że zrobiło się w Warszawie żółto od nowych billboardów, a w radio słyszałem ciągle piosenki Tiny Turner i spoty. Oczywiście trochę przesadzam, ale tylko trochę.

Tydzień przed koncertem przeprowadziłem się na Stadion Gwardii.  Rano wsiadałem w taksówkę, jechałem do hotelu Marriott, odbierałem tour managera Tiny Turner i jechaliśmy na Racławicką. A tu budowa sceny, dziennikarze-ostatniej-szansy (a może uda się załatwić wejściówkę), itd. I wywiady: Teleexpress, Polsat, Gazeta Wyborcza. Widziałem ostatnio materiał Polsatu i w pierwszej chwili się nie poznałem :)

Dzień koncertu – standard. Brama i to samo co zwykle. Artyści, którzy mają zagrać PRZED i tradycyjne problemy z wjazdem na teren :). Oraz dziennikarze, którzy nie mają akredytacji, ale podejmą najbardziej desperackie próby wejścia. Z góry skazane na porażkę.

Artystów supportujących Tinę załatwiałem sam. I wcale nie było to łatwe. Ostatecznie przed Tiną wystąpił zespól De Su czyli trzy bardzo fajne dziewczyny, które wcześniej wypromowały numer “Życie cudem jest”. Bardzo się polubiliśmy, do dziś żałuję że dziewczyny nie zrobiły większej kariery.

Tina Turner dała natomiast taki show, że buty spadały z nóg. 57-letnia wówczas artystka szalała na scenie jakby miała 30 lat mniej. Dziewczyny z jej chórku wyglądały na bardziej zmęczone. Czego ona nie zaśpiewała! Było: Whatever you want, Goldeneye, Private Dancer, We Don’t Need Another Hero, The Best, What’s Love Got To Do With It, Proud Mary… Moc.

Po koncercie spałem chyba ze 3 dni. A nie, następnego dnia poszliśmy na obiad do Fukiera czyli knajpy Magdy G. Pamiętam, że rachunek za obiad wyszedł jakiś ekstremalny i bardzo cieszyłem się, że nie musiałem go płacić bo miałbym ciężki miesiąc.

METALLICA

Marzenia się spełniają, tylko trzeba bardzo chcieć. Pewnego poniedziałku Steven stanął naprzeciw mojego biurka i powiedział: I got a message for you. No nie wyglądało to najlepiej bo minę miał raczej z arsenału groźnych. Po czym dodał z szelmowskim uśmiechem: Tons of work for you. We’re doin’ Metallica in Spodek…

…Chwała Bogu, że byłem młody. Gdybym dziś przeżył taki skok ciśnienia to byłbym martwy. Steven, możesz powtórzyć? Co robimy? Mówisz o tym zespole METALLICA który nagrał Master of Puppets?! Poważnie?

- Tak i robimy też meet&greet.  Zemdlałem.

Oczywiście żartuje, nie zemdlałem bo byłoby to nieprofesjonalne, a poważnych firmach takich zachowań się nie toleruje. :) Wiedziałem jednak, że od a do z będę odpowiadał za promocję mojego ukochanego zespołu (pomijając Joy Division, ale ich raczej byłby trudno sprowadzić), co więcej zobaczę ich na żywo i to z bliska.

Promocja tego koncertu była jednym z najprostszych zadań w mojej zawodowej karierze. Po dopięciu szczegółów napisałem press release, stanąłem przy faksie i zacząłem wysyłać. Wysyłałem faksy i odbierałem telefony od tych którzy już dostali wiadomość.

Po tygodniu biletów już nie było. Pozostało tylko dograć akredytacje, umówić wywiady i poczekać na koncert. No i uprasować koszulkę z okładką albumu Master of Puppets, którą za ciężkie pieniądze kupiłem w czasie szkolnej wycieczki do Włoch kilka lat wcześniej.

Biuro prasowe w Spodku miałem tuż obok sceny. Nie siedziałem jednak cały czas na miejscu, bo spraw do załatwienia było mnóstwo. Wychodziłem i wracałem, wychodziłem i wracałem. I tak za którymś podejściem wszedłem i zobaczyłem rozpartego na krześle Larsa Ulricha. Rozmawiał przez telefon. Przybiliśmy piątkę i szybko się oddaliłem. Wychodząc z biura prasowego wpadłem akurat na Jamesa Hetfielda. Przybiliśmy piątkę. Spodziewałem się, że jeśli udam się w prawo to zza rogu wyjdzie Kirk Hammett, a jeśli pójdę w lewo to wpadnę na Jasona Newsteda. Tak się nie stało, porwał mnie za to szef ochrony zespołu. Wielki człowiek. Dłonie wielkości bochnów chleba. Jedno uderzenie i nie żyjesz. Na szczęście chciał tylko upewnić się, że wszystko jest ok. Przeszliśmy się po Spodku, wszystko było ok. Jak zawsze.

Sam koncert to była miazga. Możecie go sobie obejrzeć. Ukazał się na DVD pt. Cunning Stunts. Jest to co prawda zapis koncertu z USA, ale u nas wyglądał identycznie. Był ten sam płonący człowiek, była zawalająca się scena, był Snake Pit. No i przede wszystkim było to co najważniejsza – muzyka. Można nie przepadać za ich nowymi wydawnictwami, ale Metallica na żywo to jest zawsze klasa światowa. Powiem tylko, że przez ten koncert straciłem głos na dwa dni.
Nie umiałem zachować spokoju kiedy zagrali np. to:

PEARL JAM

Na wieść o tym, że robimy Pearl Jam zareagowałem na luzie. Ot kolejny koncert do zrobienia. Owszem znałem ich płyty, ale twórczość panów z Seattle nie robiła na mnie wrażenia. No może Jeremy, ale to tak oczywiste, że szkoda gadać. Nic nie zapowiadało problemów. Poza datą. 1 listopada. Wszystkich Świętych. Pomyślałem: nie dość, że będą protesty to jeszcze fani nie dotrą, bo przecież tego dnia wszyscy jeżdżą na cmentarze. Na dodatek wchodził akurat nowy przepis o zakazie poruszania się pojazdów ciężarowych w dni świąteczne. A dokładniej już od 22:00 w dzień poprzedzający. No i zaczął się wyścig z czasem, bo scena miała dojechać 1 listopada rano, bo dzień wcześniej Pearl Jam ma grać w Pradze no i choćby nie wiadomo co, nie uda się teleportować kilku ton żelastwa.

Ostatecznie – jak zwykle – historia skończyła się happy endem. TIR dojechał, scena została zbudowana, a fani… Sporo fanów pojawiło się dzień wcześniej. Na koncercie był komplet.

Zanim na scenie pojawił się Pearl Jam, zagrał jakiś support, niestety nie pamiętam nazwy. Pamiętam natomiast jak brzmieli. A właściwie jak bardzo nie brzmieli. Torwar uchodził (może i do dziś, nie wiem) za obiekt w którym dźwięk nie może dobrze brzmieć. Inna sprawa, że to lodowisko, więc w sumie nic dziwnego. Brzmienie zespołu rozgrzewającego potwierdzało obawy. Na dodatek wszystko wskazywało, że Pearl Jam stawia na muzykę i żadnych fajerwerków nie będzie. Scena, sprzęt i dużo świec. Popatrzyłem na to i pomyślałem – jaka piękna katastrofa. Od jutra będę odpierał ataki mediów.

Tymczasem stałą się rzecz niezwykła. Kiedy na scenie pojawił się Pearl Jam muzyka zabrzmiała jak odtworzona z CD. Doskonały dźwięk. Zespół miał genialnego akustyka, który wszystko idealnie poustawiał, tyle że ten doskonały efekt zarezerwowany był dla Pearl Jam. No i wyszło fenomenalnie. Naprawdę miałem ciary kiedy Eddie Vedder zaśpiewał “Jeremy spoke in class today”. Tak, to było niesamowite. 1 listopada, Jeremy i świece na scenie.

EPILOG

O wielu rzeczach nie napisałem mimo, że minęło wiele lat. Byłyby to pewnie fajne historie, ale “what happens in vegas stays in vegas”. A przynajmniej większa cześć z tego co się działo. Nie wszystko musicie wiedzieć :)

Marek Molicki, od 1998 roku związany z branżą online. Regional Manager w Gemius SA, właściciel Popkultury, w ramach której doradza firmom które chcą osiągnąć sukces w Internecie. W przeszłości zarządzał m.in. Kultura.yoyo.pl, CGM.pl, Chip.pl oraz odpowiadał za działania online w firmach Cenega i CDP.pl (ex CD Projekt) Więcej o autorze

PODOBNE ARTYKUŁY

0

0

0

Brak komentarzy

Odpowiedz: