Wczoraj uświadomiłem sobie, że od pierwszego koncertu w którego promocji miałem udział minęło 18 lat. I wzięło mnie na wspomnienia tego pięknego i szalonego 1996 roku.  W części pierwszej o koncertach Simply Red i Stinga. 

Do Odyssey Concerts trafiłem z Atomic TV (która to później zmieniła się w MTV). Wszystko dzięki Gosi, która we mnie uwierzyła (dzięki! :)), a potem wprowadziła mnie w świat mediów, PRu i tajniki promowania koncertów (jeszcze większe dzięki! :)). Rozmowa kwalifikacyjna odbyła się w samochodzie marki Peugeot (chyba 406) na trasie Warszawa – Józefów, gdzie mieściła się siedziba firmy. Szef firmy Steven zadał mi kilka pytań i stwierdził: ok, you’re hired, starting on monday.

Do Warszawy wracałem dłuższą chwilę. Od firmy do przystanku drogą przez las, potem autobusem na który też chwilę czekałem (jeździł chyba co 30-45 minut). Pomyślałem sobie – zimą będzie wesoło. Ale euforia związana z możliwością robienia TAKICH koncertów rekompensowała wszystko. Mógłbym nawet na piechotę wracać byleby tylko tam pracować.

ROCK&ROLL

Mój pierwszy dzień w pracy był miły. Steven rzucił mi kartkę A4 i powiedział – to są ważni dziennikarze, z którymi współpracujemy, zadzwoń, przedstaw się, powiedz, że teraz Ty będziesz ich wpuszczał na koncerty (tu się uśmiechnął znacząco) i zapytaj czy są zainteresowani wywiadem z Tiną Turner.

Helloooooł! Czy wy to słyszycie? “Wywiadem z Tiną Turner”?

Patrzę na listę, a tam faktycznie sami ważni dziennikarze. Są twarze znane z telewizora, są nazwiska, które z łatwością potrafię połączyć z głosem znanym z radia, są w końcu nazwiska które widywałem regularnie w moich ulubionych czasopismach muzycznych.

Moja pierwsza lekcja pokory wyglądała tak. Dzwonię do redakcji pewnego miesięcznika muzycznego. Przedstawiam się, proszę o rozmowę z Bardzo Ważnym Panem Redaktorem. Odbiera. Przedstawiam się, mówię to co muszę powiedzieć i zadaję pytanie.

- Czy jest Pan zainteresowany wywiadem z Tiną (i tu popełniam błąd i mówię Turner a nie Terner, wstyd wiem, ale jestem przejęty) Turner? (Trochę oczywiście czekam na reakcję w stylu – upadł na kolana i dziękuje za telefon).

- TURNER?! Ile razy trzeba Was uczyć, że to Tina TERNER!!!

No nie tak to sobie wyobrażałem :) Oczywiście później dogadaliśmy wszystkie szczegóły, było miło, współpraca układała się bardzo dobrze.

SIMPLY RED

Dwa pierwsze koncerty. W zasadzie bez historii, bo nie miałem żadnego wpływu na ich promocję. Choć meet&greet z Mickiem Hucknalem robił wrażenie. Warto dodać, że to właśnie Steven odkrył Hucknalla w czasie koncertu w jednej z londyńskich podstawówek. W firmie były złote i platynowe płyty dla Stevena za pierwszy album Simply Red. Wielki świat – rozumiecie :) Warszawa, Torwar. Potem do Katowice. Pamiętam, że w ramach chrztu bojowego nosiłem elementy sceny. I spaliśmy na materacach w jakiejś sali. No i w Katowicach poznałem Tomka Dziubińskiego, z którym przyszło mi później wiele razy współpracować i o którym nigdy nie powiem złego słowa. Bardzo go lubiłem, bardzo szanowałem i mam wrażenie, że on też mnie lubił. Wnoszę po uścisku jakim mnie przywitał w czasie jednej z Metalmanii. Dodajmy, że Tomek miał posturę niedźwiedzia brunatnego i porównywalną siłę. I strasznie bawiło go to, że swego czasu moją ulubiona autorką w Metal Hammerze była Kasia Krakowiak :)

STING

Tu też dużego wpływu na promocję nie miałem, ale mimo wszystko mogę sobie ten koncert zapisać jako pierwszy “mój”. Pamiętam, że kilka dni przed koncertem spędziłem na stadionie Gwardii i mało spałem. Oczywiście najwięcej działo się w dniu koncertu. Jako osoba odpowiedzialna za promocje w dniu koncertu miałem jedno główne zadanie: wpuścić akredytowanych dziennikarzy, zabrać ich wraz z ochroną pod scenę, wyjaśnić zasady przekazane przez tour managera (czyli zazwyczaj: robicie zdjęcia przez 3 numer, żadnych flashy, potem grzecznie wychodzimy). Brzmi jak proste zadanie, ale zawsze coś się dzieje.

Miejscem newralgicznym jest specjalna brama. Stoją tam chłopaki z ochrony (fenomenalni ludzie, najlepsi z najlepszych) z którymi mam radiowy kontakt. Jeśli pojawia się ktoś z problemem dostaje cynk i się pojawiam. Lub nie. Gdzieś ze 2-3 godziny przez koncertem słyszę w radio:

- Marek, wpadnij no tu, bo jakaś laska rzuca tylko fuck you i fuck you.

Ok, idę. Scena filmowa. Pod bramą stoi biała taksówka, w środku siedzi ubrana pani, ubrana inaczej. I faktycznie nie wygląda na zadowoloną. Kiedy zbliżam się do taksówki nie mam wątpliwości co się dzieje… Oto przed bramą, w taxi siedzi Alannah Myles, artystka która przed laty wylansowała wielki hit Black Velvet i która ma m.in. tę piosenkę zaśpiewać ponieważ jest tzw. support act. Problem polega na tym, że chłopaki z ochrony tekst “ja tu dziś występuje” nawet wypowiadany po angielsku słyszeli tyle razy, że się uodpornili.

No to teraz ja pod nosem powtarzam szybko “o fuck, o fuck, o fuck”.

- Hello Allanah, przepraszam za to nieporozumienie, wszyscy jesteśmy bardzo zabiegani, zapraszamy do środka. Pakuje się do taksówki, panowie otwierają bramę i jedziemy kilkadziesiąt metrów do miejsca gdzie są garderoby. Przez te kilkadziesiąt metrów powiedziałem jej tyle komplementów, że sam byłem zaskoczony własną inwencją. Grunt, ze wysiadła z taksówki w lepszym nastroju i nawet się uśmiechała. Uff, pierwsza mina rozbrojona, ale na order nie ma co liczyć. Oto pojawiają się pierwsi dziennikarze – czytaj: problemy.

- Ja na 100% jestem na liście, ja powinienem być na liście, ja się nie zdążyłem do Was odezwać (jasne, przez pół roku), ale może coś się uda zrobić. – dziennikarze wymyślali najróżniejsze historie. Jak najwięcej ugrać jak najmniejszym kosztem. Nie napisałem nic o koncercie, nie napisze nic po koncercie, a jeśli napiszę to to, że organizacja była beznadziejna, a nagłośnienie fatalne. Ale wejść muszę za darmo i najlepiej na sektor VIP. Bo jestem dziennikarzem… Klasyka. (Oczywiście dotyczy to tylko części) Nie brakowało również: ja o tym napiszę. Ten tekst prawdopodobnie do dziś wywołuje uśmiech u promotorów. Pod bramą pojawił się też Bardzo Znany Dziennikarz, którego na liście nie było, ale ponieważ był BZD w jego mniemaniu wejść musiał. No i pojawił się problem.

Jeśli wydaje się Wam, że to było z mojej strony niemiłe itd., to muszę Was zapewnić że byłem bardzo uprzejmy, ale kiedy ma się ograniczony czas, a do tego ze 300 osób za bramą i każdy chce wejść, a na liście zaakceptowanej przez management jest tych nazwisk 30 to nie ma specjalnie czasu na dyskusje.

Z Bardzo Ważnym Dziennikarzem później się polubiliśmy i przez pewien czas nasze relacje były naprawdę kumpelskie. Wtedy jednak wykonywałem polecenia tour managera i nie było zmiłuj.

Dziennikarze, którzy byli na liście weszli do środka, dostali odpowiednie identyfikatory i zabraliśmy ich pod scenę. Tam standard (pisałem wyżej). Część dziennikarzy zostawała na koncercie, część wychodziła. Na szczęście współpraca z większością dziennikarzy była bardzo fajna, z wieloma się zakumplowaliśmy na lata, z kilkoma kontakt utrzymuje do dziś.

Z ciekawostek dodam, że udało mi się udzielić pierwszego wywiadu w życiu właśnie w czasie koncertu. Jednym z patronów medialnych koncertu było Radio Zet, które na koncert wydelegowało Roberta Bernatowicza (znanego później m.in. z programu Nautilus) i zupełnie nowy i nieużywany wóz transmisyjny. Nie dość że był pierwszy w życiu wywiad to jeszcze nadany poprzez debiutujący wóz transmisyjny. Jednym słowem zapisałem się w historii Radia Zet :)

Ze wszystkimi swoimi rzeczami uporałem się tak mniej więcej w okolicach bisów. Zaczynało się ściemniać, zaczął padać bardzo drobny deszcz, mżawka. Byłem ekstremalnie zmęczony po kilkudniowym maratonie w czasie którego spałem może kilka godzin. I Sting na koniec zagrał Fragile. Usiadłem daleko od sceny, sam. I słuchałem. To było coś niesamowitego, dla takich chwil warto żyć.

Ciąg dalszy nastąpi… 

Marek Molicki, od 1998 roku związany z branżą online. Regional Manager w Gemius SA, właściciel Popkultury, w ramach której doradza firmom które chcą osiągnąć sukces w Internecie. W przeszłości zarządzał m.in. Kultura.yoyo.pl, CGM.pl, Chip.pl oraz odpowiadał za działania online w firmach Cenega i CDP.pl (ex CD Projekt) Więcej o autorze

PODOBNE ARTYKUŁY

0

0

0

Brak komentarzy

Odpowiedz: