Kiedy nasza reprezentacja rozegra kolejny fatalny mecz, kiedy nasze polskie drużyny klubowe zakończą udział w europejskich pucharach zanim te się na dobre rozpoczną, można przynajmniej wrócić do czasów kiedy było lepiej. A symbolem tych czasów jest niewątpliwie Kazimierz Deyna.

Szczęśliwi wszyscy ci, którzy mieli możliwość zobaczyć Kazimierza Deynę w akcji, na żywo. Zazdroszczę wszystkim tym, którzy mogli oglądać drużynę (o której Stefan Szczepłek pisze, że z ławki dowodzona była przez Kazimierza Górskiego, a na boisku przez Kazimierza Deynę), która zdobywała złoty medal olimpijski oraz trzecie miejsce na Mundialu w Niemczech. Moje pierwsze świadomie obejrzane i przeżywane Mistrzostwa Świata to 1982 rok, więc mogę się zaliczyć do szczęściarzy, ale w Hiszpanii Kazimierza Deyny już nie było.

Bardzo zazdroszczę również tym, którzy mieli szansę kibicować Legii w czasach kiedy w składzie występował Kazimierz Deyna oraz inne wielkie gwiazdy, jak choćby Lucjan Brychczy (to dopiero Legenda Legii!) czy Robert Gadocha. Był czas kiedy Legia to była naprawdę potęga i to nie tylko na krajowych boiskach. I choć tu również znajdę coś na pocieszenie, a konkretnie Legię pokonująca Sampdorię Genua, to jednak mam świadomość, że to nie to samo.

Dzięki książce Stefana Szczepłka, można przynajmniej trochę poczuć atmosferę tych meczów (a to m.in. za sprawą wielu zdjęć i opowieści o innych piłkarzach). Z drugiej strony historia opowiedziana przez dziennikarza Rzeczpospolitej to dowód na to, że Kazimierz Deyna nie zrobił kariery takiej jaką zrobić powinien. Jego pech polegał na tym, że żył w kraju z którego wyjechać było bardzo trudno. A wyjechać na zachód komuś kto był żołnierzem (choćby tylko na papierze) Ludowego Wojska Polskiego było jeszcze trudniej (o ile w ogóle było to możliwe, w sposób legalny). A przecież Kazimierzem Deyną interesowały się największe kluby Europy i nie były to tylko plotki transferowe.

Do Warszawy przyjechała delegacja Realu Madryt, ale nic nie wskórała. Do Legii oficjalne pisma z propozycją transferu wysyłał prezes Interu Mediolan, pisma które pozostawały bez odpowiedzi. Zainteresowanych było jednak więcej: Saint-Étienne, AC Milan, AS Monaco, Bayern Monachium.
Ostatecznie Kazimierz Deyna trafił z Legii do Manchesteru City. Niestety Anglicy nie mieli pomysłu na grającego w zupełnie nieangielskim stylu Polaka. W City Deyna kariery nie zrobił i po kilku latach przeniósł się do USA, gdzie jednak piłka nożna nie była (i nie jest) najbardziej popularną dyscypliną. 1 września 1989 roku Kazimierz Deyna zginął w wypadku samochodowym.

Dla fanów piłki nożnej ta książka to lektura obowiązkowa.

 

PODOBNE ARTYKUŁY

Brak komentarzy

Odpowiedz: