Pamiętam jak dziś pierwszy po latach urlop na który nie zabrałem komputera. Pamiętam, jakie uczucie towarzyszyło mi przed wyjazdem. Nie sądziłem, że to będzie przełom.

Cztery lata temu za namową koleżanki zdecydowaliśmy się z żoną na wyjazd do Grecji. Super miejsce, idealne na wypoczynek, sprawdzone. Problem polegał na tym, że mój wypoczynek wcale nie oznaczał, że komputer musi zostać w domu. No bo komu przeszkadza laptop. Żona stanowczo zaoponowała. Nie i koniec, urlop to urlop, a nie udawanie urlopu.

Ale jak to “BEZ KOMPUTERA? TYDZIEŃ?”

Pojechałem. Laptop został w domu, komórka niespecjalnie przypominała smartfona, a w ramach abonamentu miałem wielkie nic, więc i pokusa logowania się gdziekolwiek przegrywała ze zdrowym rozsądkiem.

To był fantastyczny urlop. W ciągu tygodnia przeczytałem pięć książek i odpocząłem jak… nie pamiętam kiedy ostatni raz tak udało mi się odpocząć.

Wróciliśmy do Polski.

Czułem lęk uruchamiając komputer. Bałem się, że przez ten tydzień pojawiło się tak wiele spraw, tyle razy nie mogłem uratować świata, teraz będę nadrabiał zaległości pracując po 18 godzin.

Sprawdziłem pocztę. Sprawdziłem Facebooka. Sprawdziłem informacje z kraju i ze świata.

Hmmm dziwne.

Minął tydzień i świat nadal istnieje, nic się nie zawaliło, wszystko jest ok. Nie wiedziałem na którą opcję się zdecydować: czy to ja jestem tak mało istotny, że świat toczy się beze mnie czy może jednak mam tak wszystko dobrze ułożone, że może toczyć się przez pewien czas beze mnie. Po pewnym czasie wybrałem opcję drugą i bronię jej konsekwentnie :)

Ten tydzień przypomniał mi jak się żyło kiedyś, jak wyglądał świat bez wszechobecnych komputerów, smartfonów i całego tego cyfrowego szaleństwa. Tamten urlop zmienił wszystko.

Okazało się, że mogę wyjechać bez komputera i nic się nikomu nie stanie. Co więcej, nawet nie odczuję jego braku.

Dziś nie mam już problemu z wyjazdem na urlop bez komputera. Pojawił się za to inny problem.

Kiedy wracam z urlopu, po komputerowym odwyku mam duży problem żeby zmusić się do włączenia sprzętu i zalogowania się do cyfrowego świata. Tym razem już nie ze strachu, że coś, ktoś i w ogóle dramat. I mimo że uwielbiam Internet, uwielbiam to co robię to musi minąć kilka dni zanim w pełni wrócę do cyfrowego świata i poczuję się jak u siebie.

Tak sobie myślę, że ten cyfrowy świat znacznie lepiej smakuje kiedy częściej przebywa się w świecie prawdziwym, analogowym, bez prądu. Albo i z prądem, ale mówiąc innym “Lubię Cię” wprost zamiast klikania ikony na ekranie. To naprawdę fajne :)

Marek Molicki, od 1998 roku związany z branżą online. Regional Manager w Gemius SA, właściciel Popkultury, w ramach której doradza firmom które chcą osiągnąć sukces w Internecie. W przeszłości zarządzał m.in. Kultura.yoyo.pl, CGM.pl, Chip.pl oraz odpowiadał za działania online w firmach Cenega i CDP.pl (ex CD Projekt) Więcej o autorze

PODOBNE ARTYKUŁY

Brak komentarzy

Odpowiedz: