Tę książkę można kupić już za samą okładkę. Wiem, wiem chwilę temu obiecywałem więcej nie oceniać książkę po okładce, ale tym razem zrobię wyjątek. To jedna z najbardziej pozytywnych i optymistycznych okładek jakie kiedykolwiek widziałem. Ale oczywiście nie okładka jest główną siłą tej książki. Jeśli ktokolwiek w Polsce nie kojarzy Wojciecha Mann to chyba przez ostatnie trzydzieści lat skutecznie unikał kontaktu z prasą, radiem i telewizją. Może zdarzają się i takie osoby, być może żyją gdzieś w Bieszczadach. Ja mam wrażenie, że głos Wojciecha Manna towarzyszy mi przez większość życia. Kiedyś głos słyszałem w III Programie Polskiego Radia, potem były słynne programy telewizyjne , Za chwilę dalszy ciąg programu, MDM czyli Mann do Materny, Materna do Manna, no i oczywiście Szansa na Sukces. Poza słuchaniem głosu było też czytanie – Non Stopu. Tym bardziej dziwi mnie, że na taką książkę trzeba było czekać tak długo. A i tak niedosyt jest ogromny.

Wojciech Mann już na wstępie tłumaczy o co z tą książką chodzi:

Ksiązki od najmłodszych lat były dla mnie czymś szczególnym. Wprowadzały mnie w nurt fascynujących wydarzeń bez ograniczeń, które narzucała rzeczywistość. Książki były lepsze od dzisiejszych agresywnych mediów, pozostawiających tak niewiele miejsca na wyobraźnię. Nic więc dziwnego, że gdy Wydawnictwo w osobie Jerzego Illga zaproponowało mi napisanie książki, porządnie się wystraszyłem. W końcu książki piszą pisarze. I umówiłem się więc sam z sobą, że jeśli nawet opowieść o moim poznawaniu świata muzyki będzie wydrukowana i opatrzona ilistracjami, a może nawet specjalnie zaprojektowaną okładką, to na pewno nie będzie “książką” w moim rozumieniu. Potraktujmy to wydawnictwo jako wspomnienie o tym, jak przez kilka dziesięcioleci żyłem muzyką. To moje życie muzyką było dość pasożytnicze, ponieważ sam jej nie tworzyłem. Przeszedłem zaledwie drogę od słuchania i gapienia się do przekazywania tego co lubię innym. Po drodze poznałem wiele sekretów świata rozrywki, rozmawiałem ze znanymi i nieznanymi jego mieszkańcami, nauczyłem się wielu potrzebnych i zupełnie niepotrzebnych rzeczy ale co najciekawsze nigdy nie poczułem znużenia ani przesytu“.

I taka jest właśnie ta autobiografia. To opowieść o poznawaniu muzyki w ponurych czasach, o spotkaniach z wielkimi gwiazdami światowego formatu w nieprawdopodobnych okolicznościach i tworzeniu klubu o nieokreślonych celach ale związanego oczywiście z muzyką, który miał dwóch prezesów. Prezesem na Polskę był Andrzej Olechowski (tak, ten Andrzej Olechowski), a prezesem na świat Wojciech Mann.

Wojciech Mann opowiada jak udało mu się wraz z innymi fanami muzyki sprowadzić do Polski samych Rolling Stonesów, o imprezie z zespołem The Animals w mieszkaniu Marii Szabłowskiej na Saskiej Kępie, a także wspólnym ze Stevie Wonderem wykonaniem wielkiego przeboju “I just called to say I love you“. Sporo jak na jedną osobę, prawda? Nie w tym przypadku, to tylko niewielka część opowieści.

Po lekturze tej książki (czytałem ją zimą, z różnych powodów recenzję pisze dopiero teraz) czułem wielki niedosyt. Dość powiedzieć, że Rock-Manna przeczytałem w jeden wieczór. I kiedy doszedłem do ostatniej strony miałem tylko jedną myśl: to już koniec?!

Mam nadzieję, że na tej książce Wojciech Mann nie poprzestanie, bo to zaledwie rozgrzewka. Doskonała, fantastyczna i wciągająca opowieść, ale krótka. Wierzę, że Wojciech Mann podzieli się z fanami muzyki znacznie większą porcją opowieści. Bo jeśli nie on, to kto?

PODOBNE ARTYKUŁY

Brak komentarzy

Odpowiedz: