Oburzyło mnie autentycznie to co wykonali dziennikarze Press w stosunku do Daniela Passenta, nie dlatego że jestem fanem autoryzacji, tylko dlatego że złamali prawo prasowe. Ale też dostrzegam często w autoryzacji relikt przeszłości i coś strasznie dziwnego.

Być może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego czym jest autoryzacja. Sprawę autoryzacji reguluje ustawa Prawo Prasowe, z… 1984 roku czyli sprzed 28 lat. Z czasów kiedy Rzeczpospolita Polska była Polską Rzeczpospolitą Ludową, a o czymś na kształt Internetu można było poczytać w książkach Stanisława Lema. W 1989 roku zmienił się ustrój, w czerwcu tego roku nasza demokracja skończy 23 lata. Autoryzacja jak i Prawo Prasowe z tamtych lat mają się dobrze.

Oto słynny Artykuł 14 Ustawy Prawo Prasowe:

Art. 14.

1. Publikowanie lub rozpowszechnianie w inny sposób informacji utrwalonych za pomocą zapisów fonicznych i wizualnych wymaga zgody osób udzielających informacji.
2. Dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana.
3. Osoba udzielająca informacji może z ważnych powodów społecznych lub osobistych zastrzec termin i zakres jej opublikowania.
4. Udzielenia informacji nie można uzależniać, z zastrzeżeniem wynikającym z ust. 2, od sposobu jej skomentowania lub uzgodnienia tekstu wypowiedzi dziennikarskiej.
5. Dziennikarz nie może opublikować informacji, jeżeli osoba udzielająca jej zastrzegła to ze względu na tajemnicę służbową lub zawodową.
6. Nie wolno bez zgody osoby zainteresowanej publikować informacji oraz danych dotyczących prywatnej sfery życia, chyba że wiąże się to bezpośrednio z działalnością publiczną danej osoby.

Jeśli myślicie, że autoryzacja to zwyczaj przyjęty na całym świecie to grubo się mylicie. Wręcz przeciwnie, to nasz autorski pomysł. W bardzo okrojonej wersji autoryzacja pojawia się również w prawie niemieckim przy czym tam “przybiera postać obowiązku “pokazywania tekstu informatorowi”, który to obowiązek zawarty jest jednak nie w treści ustawy, lecz w przepisach korporacji dziennikarskiej (związku zawodowego).” (cytat Wikipedia)

Autoryzacji podlegają tylko wypowiedzi cytowane wprost – czyli w praktyce wywiady. Odmowa autoryzacji teoretycznie stanowi przestępstwo, zagrożone karą pozbawienia wolności do 6 miesięcy. Przepis karny (art. 49 Prawa Prasowego) nie jest stosowany w praktyce, a sprawy tyczące autoryzacji rozstrzygane są sporadycznie przez sądy cywilne. (cytat Wikipedia)

Tyle kwestii prawnych. A jak to wygląda w praktyce?

W czasach kiedy byłem dziennikarzem przeprowadzałem sporo wywiadów, głównie z artystami zagranicznymi. Oczywiście nigdy nie było konieczności autoryzowania wywiadu. W sumie nie jest to dziwne, bo gdyby muzycy np. formacji Metallica mieli autoryzować wszystkie wywiady to nie robiliby nic innego, ewentualnie musieliby zatrudnić osobę, która zajmowałby się tylko tym. W przypadku polskich artystów czy w ogóle osób publicznych, w zasadzie nawet o konieczności autoryzacji nie trzeba mówić. To jest tak oczywiste jak to, (posłużę cytatem z Budki Suflera) że “po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój“. Choć muszę przyznać, że czasem jednak autoryzacja daje pozytywne efekty. Zdarzyło mi się, że artysta w trakcie autoryzacji nie dość, że swoich słów nie zmienił, to jeszcze dodał sporo od siebie, dzięki czemu wywiad był pełniejszy i ciekawszy. Tylko że to raczej wyjątek niż reguła. Nie zmienia to przykrego faktu, że takie prawo obowiązuje.

W tym kontekście dziennikarze Press publikując wywiad z Danielem Passentem w wersji sprzed i po autoryzacji po prostu złamali prawo.

W ubiegłym tygodniu w portalu Gazeta.pl ukazał się tekst “Czego wstydzi się prezes” autorstwa Aleksandry Szyłło, który dobitnie pokazuje absurd autoryzacji i udowadnia do jakich wypaczeń dochodzi. Zacytuje tylko kilka fragmentów, natomiast polecam Wam lekturę całości (tekst jest krótki):

Artykuł gotowy. Aż tu niespodzianka! Okazuje się, że prezesi wcale nie powiedzieli tego, co powiedzieli. Jak to nie powiedzieli, jak powiedzieli – spyta ktoś. Otóż czytelnikom nieobytym z prawem prasowym spieszę wyjaśnić: to czar autoryzacji.

Z tekstu wypadły nie tylko opinie, ale też fakty. Dwóch prezesów na pytanie, czy u nich ludzie pracują na umowach śmieciowych, odpowiedziało: “Nie. Chociaż w call center – tak”. Po autoryzacji pozostało jedynie “Nie”. Landrynkowy obraz firmy, szkoda, że nieprawdziwy.”

Trzeci prezes wyrzucił do kosza wszystko, co powiedział. A dział PR wygenerował kontent werbalny (takiego słownictwa używają nowocześni pracownicy mediów) całkowicie na nowo. Okazało się, że nie rozmawialiśmy o wątpliwej formie działalności dobroczynnej, jaką jest “marketing społecznie zaangażowany” (kup nasze pieluszki, część dochodu przekażemy na biedne dzieci  w Afryce).

Powyższy przykład pokazuje do jakich absurdów prowadzi autoryzacja. Czas najwyższy poważnie zastanowić się nad sensem jej istnienia. Pomijam już to, że prawo powinno być dostosowane do rzeczywistości.

Całkiem niedawno przy okazji wywiadu w Press pisałem o autoryzacji  zdecydowanie przyjaźniej “Ja dla swoich rozmówców mam szacunek, robię wywiad daję do autoryzacji. Bo czasem ktoś w czasie rozmowy powie dwa słowa za dużo, bo się poczuł swobodniej, a potem dochodzi do wniosku, że może lepiej tego nie upubliczniać, bo będzie niepotrzebna afera z której wszyscy wyjdą pokaleczeni. Dla mnie to zrozumiałe, dla Press to ?wypaczanie treści i przebiegu rozmowy?. Pozostaje życzyć dziennikarzom Press by nikt z nimi nie chciał gadać, za to żeby wszyscy ich nagrywali i publikowali co ciekawsze fragmenty.”

O ile nie zmieniam zdania na temat szacunku dla rozmówców, o tyle muszę w kontekście powyższego zmienić zdanie na temat “wypaczania sensu rozmowy”. Żeby było jasne, uważam że Press nie powinien publikować wywiadu w tej formie (Aleksandra Sysłło zrobiła 1000 razy lepszą rzecz niż Press).

Przypominam sobie co zrobił kiedyś Kuba Wojewódzki kiedy był jeszcze redaktorem naczelnym magazynu Brum. W jednym z numerów miał ukazać się wywiad z Peterem, liderem formacji Vader. Artysta miał jednak znacząco zmienić treść wywiadu, co nie spodobało się redakcji. Nikt jednak nie opublikował wywiadu w dwóch wersjach jak to zrobił Press. Zamiast tego, na całej stronie opublikowane zostało zdjęcie Petera i wyjaśnienie “Tu miał być wywiad, ale…”. Ponieważ znam sprawę tylko z jednej strony, nie wnikam co się wtedy stało, niemniej decyzja dziennikarzy Brumu była 1000 razy lepsza niż Press.

Inna sprawa, że jestem dla artystów bardziej wyrozumiały i jestem w stanie zrozumieć, że jednego dnia powiedzą coś, czego następnego mogą żałować. Artyści to jednak nieco inna parafia.

Uważam jednak, że kto jak kto ale prezes firmy (to samo dotyczy wszelkich urzędników, polityków itd.) powinien być pewny swoich słów i czuć się za to co mówi odpowiedzialny. A jeśli mówi za niego dział PR, to może warto zamienić się miejscami, osobę z PR awansować na prezesa, a prezesa przesunąć do działu PR. Tylko kto wtedy poprawiłby po dziale PR?

zdjęcie: Pawel231

PODOBNE ARTYKUŁY

Brak komentarzy

Odpowiedz: